Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 511 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

O mnie

Jestem człowiekiem mającym swoje zdanie w każdej sprawie ale dającym się przekonać innym gdy tylko otrzymam dobre argumenty.
MÓJ MAIL: mcw.bloog@wp.pl

Statystyki

Odwiedziny: 3367650
Wpisy
  • liczba: 225
  • komentarze: 7374

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

monitoring pozycji

OPTYMIŚCI ŻYJĄ DŁUŻEJ, ALE CZY LEPIEJ?

czwartek, 09 maja 2013 18:50

 

 

Podobno pogoda ducha i pozytywne patrzenie na świat sprawia, że dłużej cieszymy się zdrowiem, lepiej znosimy porażki i szybciej stajemy na nogi w obliczu problemów. Trudno tej tezie odmówić racji, jednak czy niekiedy zbytni optymizm nie jest zgubny? Czy za duża wiara w powodzenie różnych przedsięwzięć może skutkować boleśniejszymi upadkami, rozczarowaniami a nawet częstszymi błędami? Zastanawia mnie to z racji tego, że jestem realistą, nie patrzę na świat jak na różowy balonik, ale też nie widzę go jak pesymiści we wszystkich odcieniach szarości.

 

Staram się być pomiędzy, pośrodku, dostosowywać mój zapał, ocenę sytuacji, w oparciu o realistyczne założenia. Niestety takie podejście często sprawiało, że zamiast zrobić dwa kroki do przodu robiłem tylko jeden, bojąc się nadmiernego entuzjazmu i wiary w powodzenie. W takich chwilach zazdrościłem tym, którzy bez żadnego skrępowania nie tylko robili dwa kroki do przodu, ale czasem i trzy. Bardzo często wygrywali na tym. Silna wola i determinacja, a także bagatelizowanie drobniejszych błędów ułatwia życie i odnoszenie sukcesu. Widziałem także upadki, kiedy jakiś człowiek robił te trzy kroki, po czym musiał się cofnąć o dziesięć kroków do tyłu. Takie sytuacje doprowadzały mnie zazwyczaj do wniosku, że może faktycznie lepiej być pośrodku, sukces czasem mniejszy, ale upadek także mniej dotkliwy, dzięki większej racjonalności a mniejszemu życzeniowemu myśleniu po drodze i liczba popełnianych błędów jest stosunkowo niska.

 

Jednak jest we mnie ten palący, ogromny żar zazdrości w stosunku do ludzi, którzy potrafią wzbić się ponad chmury nie myśląc o konsekwencjach i ewentualnym upadku. Oni doznają ekstremalnych osiągów i nikłym pocieszeniem jest świadomość boleśniejszych potknięć. Realista ma zawsze ograniczone pole… fakt, że jednak mając wybór zostałbym tu gdzie jestem, złoty jak dla mnie środek. Mimo to tęsknota za optymizmem gdzieś zawsze we mnie będzie. Uważam optymizm za istotny, przecież i realizm zabarwiony nutką optymistycznego nastawienia nabiera lepszego smaku.

 

Współczuje natomiast pesymistom, oni nigdy nie odczuwają odpowiedniej radości z sukcesów, gdyż zawsze z tyłu głowy mają sto negatywnych myśli, nigdy nie robią kroku do przodu, bo boją się, że może być ich ostatnim lub tak długo się nad nim zastanawiają, że w momencie, gdy się na niego decydują bywa on prędzej gorzkim pełzaniem do celu niż marszem. Pesymiści z całą pewnością także problemy odczuwają dwa razy gorzej od optymistów i trzy razy wolniej się z nich podnoszą. Myślę, że mają podobnie jak ja, realista, ukrytą tęsknotę do życiowego, optymistycznego podejścia... Teraz zorientowałem się, że zarówno realista jak i pesymista zazdroszczą optymiście, dostrzegając wyłącznie zalety jego postawy, na wady nikt nie traci czasu, a może warto? pozornie dobra postawa nie zawsze jest tą najlepszą…

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (76) | dodaj komentarz

FAŁSZYWI WOBEC NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI

niedziela, 17 marca 2013 12:14

 

Od dłuższego czasu towarzyszy mi pewne złe odczucie, wręcz mogę powiedzieć, że leży mi ono na sercu. Nie mogę pojąć jak w dzisiejszych czasach ludzie mogą być aż tak prymitywni w kwestii tak podstawowej, a mianowicie chodzi o podejście do osób niepełnosprawnych.

 

Krew mnie zalewa, gdy widzę jak człowiek może się obłudnie zachować wobec drugiego człowieka. Pewna kategoria ludzi w naszym społeczeństwie i to wcale nie marginalna zachowuje się na pozór bardzo poprawnie wobec niepełnosprawnych osób. Pierwszy rzut oka niestety jest mylący, jak często w życiu, gdyż za plecami kogoś niepełnosprawnego zwyczajnie się z tej osoby śmieją, cichy szept, niewybredny komentarz, kpią z fizycznych ograniczeń…

 

Dziś wstydzą się publicznie mówić tak jak myślą, nie wypada, ale ta kategoria ludzi i tak swojego prymitywnego myślenia nie zmienia… I są wokół nas! bez względu na wiek, wykształcenie, środowisko w jakim dorastali, dla tych ciasnych umysłów nie ma szczególnego miejsca występowania, są wszędzie wokół nas…

 

Zaskakuje mnie wciąż to niezrozumiałe zjawisko. Niby wszystko idzie w dobrym kierunku, ponieważ ludzie nabrali świadomości… A mimo wszystko takie rozczarowanie można spotkać na każdym kroku, widząc tych obłudnych… nie wiem nawet jak określić takich ludzi – udających szacunek wobec drugiego człowieka…

 

W sumie powinienem to rozumieć, przecież zawsze świat nosił na swojej powierzchni kretynów, którym do poniżenia drugiego człowieka wystarczał byle pretekst, im łatwiejszy do znalezienia tym lepszy. Fizyczna niesprawność tak jak kolor skóry czy orientacja seksualna zawsze były najprostszym bodźcem do rozpalania marnej jakości umysłów takich osób. Stara prawda głosi, że ci którzy poniżają czują się gorsi od poniżanych, nie mają nic wartościowego do zaoferowania społeczeństwu i przez poniżanie słabszych próbują ukryć swoją mierność a siebie dowartościować.

 

Śmieszne, bo ta kategoria ludzi o której piszę, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ich pogląd wobec osób niepełnosprawnych jest absolutnie niedopuszczalny, prymitywny, bezsensowny i krzywdzący, a mimo to nie zmieniają go. Kryją się z nim, choć zawsze prędzej czy później prawdziwe oblicze wychodzi na jaw...

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (28) | dodaj komentarz

NASTOLATEK I AUTORYTETY

wtorek, 12 lutego 2013 13:17

 

 

W życiu każdy człowiek potrzebuje jakiś autorytetów, a szczególnie dzieci. Niestety, gdy dziecko wchodzi w wiek dojrzewania błyskawicznie zrzuca rodziców jako autorytet z pierwszego miejsca na ostatnie. W sumie jest to dość zrozumiałe, młodzieńczy bunt, dorastanie, ma sprawić, iż człowiek poczuje się samodzielnym i odpowiedzialnym za własne decyzje (często jest to pozór, bo jak trwoga to do rodziców…).

 

Chęć tworzenia, kreowania i wpływania na swój świat oraz otoczenie, powoduje sprzeciw wobec zasad i nakazów płynących od starszego pokolenia. Przychodzi taki moment, że matka i ojciec zbuntowanego nastolatka zdają sobie sprawę, że ich latorośl obdarza większym autorytetem swoją koleżankę lub kolegę niż ich…

 

Dojrzewając poszukuje się swojej przynależności w grupie, kolega lub koleżanka naszej pociechy, traktują go na równi, czasem słuchają, czasem kłócą się, ale jest tu poczucie, że obie strony zależą od siebie. Zbliżają się, nie ma jasnej drabiny pozycji, gdyby była budziłaby natychmiastowy sprzeciw, tak jak to się dzieje w przypadku rodziców.

 

Miejsce rodziców zastępują silne jednostki w grupie przyjaciół nastolatka, z nimi może się identyfikować, one zaczynają stanowić wzór do naśladowania, autorytet. Starsze pokolenie, stanowi natomiast wzór, ale przeciwny, jak młoda osoba nie chce funkcjonować, myśleć, zachowywać się… Prawo młodości, uważać że można żyć inaczej, zmieniać świat itp.

 

W wieku kilkunastu lat zadaje się pytania, szuka uzasadnienia reguł dotąd przyjmowanych bezkrytycznie, a i ważną rolę bierze w tym wszystkim podważanie autorytetu rodzica. Faktem jest, iż w tym podważaniu… istotne dla nastolatka jest by był traktowany poważnie, na równi ze swoimi rodzicami. Oczywiście budzi to słuszny sprzeciw, wiemy przecież, że chcąc być blisko dziecka pragniemy budować z nim przyjaźń, więź, ale nie możemy zostać „kumplem”.

 

Dla rodzica wszelkie próby wejścia w rolę kumpla albo szefa skończą się fatalnie, trzeba umiejętnie balansować pośrodku. Ważne są rozmowy, nie pouczające gadki, rozkazy i zakazy, ale dzielenie się pasjami, zainteresowaniami, wzbudzanie w drugim człowieku ciekawości i okazji, stereotypowo by ojciec nie był tylko gościem wracającym z pracy i siadającym przed TV, a matka tą osobą, co sprząta i gotuje. Pokazać dziecku siebie z dawnych czasów, tata grał na gitarze… mama pisała wiersze…

 

Zazwyczaj ta starsza strona, zapomina jak sama czuła i myślała w takim wieku, choć zdaję sobie sprawę, że wtedy rodzic myśli logicznie o dobru swojej pociechy, ale popełnia błąd w komunikacji. Zapomina, że już zwykłe powiedzenie zrób to albo tamto a tego nie, jest zbyt małym środkiem wobec budującego swoją osobowość i niezależność nastolatka.

 

Myślę, że ważne jest by próbować w rozmowie dawać wrażenie bliskości pozycji, nie znaczy to, że się mamy równać, o nie, ale traktować nastolatka jakby był odrobinę starszy, nie owijać w bawełnę, gdy przychodzi do trudnych rozmów, bez krzyku i zbędnych emocji wyrażać swoje zdanie… Istnieje większa szansa, że młody człowiek nas posłucha. Proste w teorii a tak trudne w realizacji, nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo...

 

Powinno się jak najwięcej czasu poświęcać dziecku od najmłodszych lat, wtedy, gdy jeszcze tata i mama to bohaterowie, a nie strażnicy stojący na straży dostępu do dorosłości. Praca, obowiązki, zajmują czas, ale nie może być tak, że go zabraknie dla najważniejszej osoby w życiu… dla dziecka… Stały dobry kontakt od najmłodszych lat zaowocuje tak w okresie dojrzewania jak i późniejszym… dając szansę, aby rodzic pozostał autorytetem nawet w tym trudnym czasie buntu…

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (32) | dodaj komentarz

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA, ŚWIĘTA!!!

piątek, 21 grudnia 2012 21:21

 

 

Święta dla mnie zawsze stanowiły magiczny okres, z którym wiążą się cudowne dziecięce wspomnienia, więc tego też pragnę życzyć, aby dla każdego te święta były przecudownym przeżyciem, pełnym bliskości, ciepła, miłości, masy prezentów i kompletnego braku problemów! Na te kilka dni w roku, niech Wasz osobisty świat stanie się oazą spokoju i radości przeżywanej w towarzystwie najbliższych… WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!



komentarze (26) | dodaj komentarz

O CO CHODZI?

piątek, 21 grudnia 2012 21:03

Życie jest skomplikowane. Nie ma spraw czarnych albo białych, ale czasem zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi i czy przypadkiem sami nie tworzymy problemów tam gdzie ich nie ma? Oto kilka spraw, które gorączkują wiele osób a ja nie widzę w nich problemu…

 

1. WSZYSCY JESTEŚMY RÓWNI – Nie, nie jesteśmy równi, każdy jest inny! nasz wygląd, inteligencja, charakter, osobowość, zdolności, cechy dobre i złe a także tysiąc jeden innych elementów sprawia, że nie jesteśmy równi, jesteśmy różni! Nie wiem, kto wymyślił takie hasło, ale często słyszę jak pozbawieni rozumu lub tylko cyniczni ludzie mówią, że równość jest ważna i do tej równości będą dążyć (zwłaszcza politycy). A ja osobiście nie mam ochoty być równy, bo bycie równym oznacza bycie takim samym, brak indywidualizmu, brak czegoś, co możemy nazwać naszym osobistym… Samo pojęcie równości drażni mnie, bo równi mamy być oczywiście do góry, do tych lepszych, nigdy do tych słabszych. Wszystkie osoby krzyczące, że chcą równości myślą o tym by mieć tak jak ta osoba, która w ich odczuciu ma więcej czegoś, choćby szczęścia w życiu. A jeśli równość oznaczałaby, że te osoby musiałby zrezygnować z czegoś w imię równości… i równać w dół… też by było fajnie? Równość to mit, całe szczęście, że nie jesteśmy równi, świetnie, że jesteśmy różni! A co z szansami? szanse na starcie powinny być równe? Nie, bo nigdy nie są! jeśli ktoś chce wierzyć, że gdzieś istnieją szanse równe to niech lepiej się zastanowi… Jeśli masz dwa metry wzrostu to masz większe szanse na bycie dobrym koszykarzem niż mając półtora metra wzrostu, gdzie tu równość? równe szanse? sama natura je odbiera, a intelektualnie… jeśli przedmioty ścisłe nie są twoją mocna stroną to masz mniejsze szanse, aby zostać np. architektem niż osoba ze zdolnościami w tej dziedzinie. To wszystko to tylko czubek góry lodowej, jest mnóstwo elementów sprawiających, że równości nie ma, nigdy nie było i nigdy nie będzie, tylko czy to tak naprawdę źle?

 

2. OBRAZA UCZUĆ RELIGIJNYCH – Nie ma czegoś takiego, nie jest możliwa obraza uczuć religijnych, bo jak je można obrazić? Jeśli ktoś powie mi, że wierzę w głupoty? że Boga nie ma? że biblia to zbiór bajeczek napisanych przez kilku szaleńców? że jestem głupi, bo wierzę? W jaki sposób można urazić tym moje uczucia religijne? Jeśli wierzę, to fakt, że ktoś będzie się śmiał z mojej wiary, jej podstaw i będzie kwestionował istnienie mojego Boga dla mnie nic nie oznacza! absolutnie nic! I nie czuję potrzeby tłumaczenia tej osobie jak bardzo się według mnie myli.  Jego prawo, nie wierzy, więc niech się śmieje, sposób, w jaki traktuje cudzą wiarę świadczy o nim a nie uderza w moje przekonania. A jeśli personalnie powie mi ktoś, że jestem głupi, bo wierzę? czy tym podważa moją wiarę? jeśli tak to oznacza, że coś słaba ta moja wiara. Sprawa prosta, jak mnie ktoś obraża to ja mam zdanie na jego temat, a on ponownie sam sobie wystawia ocenę. Wiara polega na tym, że nie atakuje się tych, którzy nie wierzą lub też kpią z naszej wiary. Jezus tym, którzy z niego się śmiali złością nie odpowiadał, dla każdego wierzącego to powinna być wskazówka, proste? proste!

 

3. OBIEKTYWNY DZIENNIKARZ – Ponownie mogę napisać, nie istnieje ktoś taki jak obiektywny dziennikarz, a to twierdzenie nie wynika z jakiś politycznych ideologii czy spiskowych teorii, ale z prostego faktu, każdy człowiek jest subiektywny! Jakiś fakt, relacjonowany przez kilka osób, faktem pozostaje, ale interpretacja, osobista refleksja lub sposób patrzenia na taką samą sytuację przez różne osoby sprawia, że każda forma przekazania informacji nabiera znamion subiektywnych. Człowiek myślący zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma obiektywnych dziennikarzy, dlatego chcąc sobie wyrobić opinię najbliższą realnemu faktowi musi zawsze sięgnąć do kilku źródeł, dokonać osobistej analizy, wtedy zbliża się do rzeczywistego faktu… ale odbiera go i tak subiektywnie! bo ta sama informacja dla każdego może oznaczać coś innego, na inne szczegóły można zwrócić uwagę, inaczej każdy z nas zaakcentuje pewne aspekty. Podsumowując, subiektywni dziennikarze piszą rzeczy, które są subiektywne i zostają odebrane w sposób subiektywny.

 

4. WIZY DO USA -  Polscy politycy na każdym spotkaniu z prezydentem USA, proszą i błagają o zniesienie wiz dla naszych obywateli, a ten biedny przywódca supermocarstwa musi udawać głupiego i w żywe oczy kłamać by nas nie urazić… nie wspominając o fakcie, że na tak wysokim stopniu o takich drobnostkach nie ma sensu rozmawiać, ten czas można lepiej wykorzystać. Media robią z tej sprawy kluczowy element stosunków Polska – USA, podczas gdy dotyczy on naprawdę niewielkiej liczby ludzi. Jeśli kogoś stać, ma interesy czy też możliwość zwiedzenia tego pięknego kraju nie musi się martwić o przyznanie mu wizy, pewnie formalności mogą troszkę przeszkadzać, ale to szczegół, dla takich osób wiza to nie problem! Jeśli ma się rodzinę i jedzie w odwiedziny, to także otrzymanie wizy nie stanowi kłopotu… Prawdziwy problem polega na tym, że większości ubiegającej się o wizy do USA chodzi o pracę na czarno, wtedy rzeczywiście, mają kłopot, bo nikt nie uwierzy, że jadą tam na wakacje. Najbardziej mnie śmieszy utyskiwanie na fakt opłaty, jaką ponosi się w całej procedurze, jeśli kogoś na to nie stać to, po co tam jedzie? kilku dni nie przetrwa… Tak więc wiza to problem marginalny, a już na pewno nie godny miana najważniejszej sprawy w relacjach dwustronnych. Ach, warto nadmienić, że żal mi się robi dziennikarzy podekscytowanych kolejnymi projektami zniesienia wiz, jakie pojawiają się czasem za oceanem. Nikt dla nas nic nie zmieni specjalnie, bo USA nie zrewidują całej swojej polityki dla jednego kraju, są normy, liczby, procenty, które określają czy kraj może mieć ruch bezwizowy z USA czy nie, koniec kropka, osiągnie się odpowiednie standardy, wizy znikają. A gdyby zmieniono dla jednego kraju ten poziom, to co z innymi, które także mogłyby się powołać na sojusznicze więzi, też im znosić wizy? Nie jesteśmy jedyni a już na pewno nie najważniejsi, jak nam, to i innym, a na to Ameryka pozwolić sobie nie może i każdy, kto poświęcił, choć trzy minuty czasu na pomyślenie o tym szybko to zrozumie. Wizy to nie problem i oby nasi politycy zrozumieli, że nie warto go co pięć minut podnosić! 

 

5. WŁADZA JEST DROGA – Standard w dyskusjach o polityce, politycy kosztują, władza kosztuje… tak samo jak wiele rzeczy kosztuje, edukacja, kultura, sztuka, rozrywka, każdy aspekt życia i nie da się żonglować coś za coś, bo musi być jedno i drugie. Oczywiście lepsze zarządzanie jak najbardziej, ale proszę, mnie jest wstyd, że nasi politycy tak się boją powiedzieć wprost „trzeba kupić nowy samolot”, „emerytura prezydencka jest za niska a pensja prezydenta i premiera prawie czterdziestomilionowego kraju, szóstej gospodarki w europie, mniejsza od pensji byle „prezesiny” drugoligowego klubu piłkarskiego. Odrobinę dumy i godności dla naszego narodu! Trudno, samolot drogi, limuzyny drogie, ale wolę by ktoś reprezentujący mój kraj pokazując się na świecie przyleciał nowoczesnym samolotem. Preferencje polityczne nie mają tu znaczenia, chodzi o prestiż państwa, a szczerze koszty takich rzeczy są i tak malutkie w stosunku do budżetu. Nie można ulegać w takich sprawach ludziom, którzy myślą, że polityk to złodziej (dużo częściej tylko głupiec) bo oni by sprowadzili kraj do poziomu gdzie premiera widzielibyśmy w Polonezie, a tego nikomu, kto mój kraj reprezentuje nie życzyłbym.   

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (17) | dodaj komentarz

STRACONE POKOLENIE?

wtorek, 23 października 2012 10:50

 

Młodzi ludzie, między 20 a 30 rokiem życia, określani w mediach jako stracone pokolenie, jacy tak naprawdę są? Czy istnieje coś takiego jak stracone pokolenie? Na czym miałaby polegać ta zmarnowana szansa całego pokolenia?

 

Czy zaliczasz się do „straconego pokolenia”?

 

Tak, jeśli jesteś młodą osobą, która dorastała lub wychowywała się już w wolnej Polsce po 1989 roku. Wypadałoby zadać pytanie, dlaczego? Ponieważ teoretycznie nowa epoka, demokracja, wolny rynek, stanowiły dla ciebie fundament rozwoju, w przeciwieństwie do starszych kolegów nie zostałeś skażony mentalnością PRL-u. Od samego początku, gdy mogłeś tylko to zrozumieć, wmawiane było tobie przekonanie, że w życiu liczy się sukces, bycie lepszym od innych. Jedynym sposobem na osiągnięcie tego stanu była jak najlepiej płatna praca, którą możesz uzyskać oczywiście po obowiązkowym zdobyciu wyższego wykształcenia, poznaniu jak największej liczby języków obcych i zrobieniu stu kursów. Modne także w twoim kręgu znajomych stało się pragnienie założenia własnej firmy, zamiast podjęcia pracy „dla kogoś”.

 

Uwierzyłeś, że kursy, wykształcenie i języki wyniosą cię na szczyt drabiny społecznej, mierzonej stanem posiadania, zawierzyłeś „tanim” kredytom, życiu praktycznie na kredyt, mieszkanie, samochód, zagraniczne wakacje, wszystko by twoja stopa życiowa tak dla ciebie jak i otoczenia wydawała się polepszać z roku na rok. Popełniałeś także straszny grzech podążania za tym co modne, na topie, od miejsc na wakacyjny wypoczynek po markowe ubrania w twojej szafie.

 

Jeśli ten opis odpowiada twojemu życiu i twoim aspiracjom do osiągnięcia takiego życia, to należysz do straconego pokolenia! Straconego, ponieważ rzeczywistość twoje marzenia i nadzieje zdaje się zgniatać już od pierwszej konfrontacji z nią, zaraz po opuszczeniu uczelni ze świeżutkim dyplomem magistra w ręku.

 

Czy rzeczywiście istnieje coś takiego jak grupa ludzi powyżej scharakteryzowanych, którą można by nazwać specyficznym „pokoleniem”?

 

Wiele osób piszących na ten temat szybko podchwyciło intrygującą nazwę „stracone pokolenie”, jako ładne nawiązanie, choćby do określenia „pokolenia Kolumbów”, czyli ludzi dorastających za czasów międzywojennej Polski, którym u progu dorosłości przyszło zmierzyć się z wojną i okupacją. Niestety dla mnie tworzenie jakiejś dziwnej konstrukcji o istnieniu straconego pokolenia bez szans na stabilną przyszłość, jest czystym rozdmuchiwaniem nieistniejącego problemu do skali masowego zjawiska społecznego.

 

Oczywistym jest, że każde kolejne pokolenie jest inne, ma inne problemy, inne plusy i minusy, warunki lepsze lub gorsze, ale nie dajmy się zwariować. W życiu 90% wszystkiego zależy od nas samych i konsekwencji naszych decyzji. Chodzi mi konkretnie o aspekt własnej realizacji, głupiemu zawsze będzie trudno a mądremu lekko, przynajmniej w przeważającej większości przypadków. Wszystko inne jest tylko tłem, ma wpływ, ale nie przeceniajmy pobocznych czynników.

 

Obecnie, dwudziestolatki i trzydziestolatki rzeczywiście różnią się od pokolenia swoich rodziców, mają wolność i korzyści z niej płynące, ale także problemy. Dziedziczą niestety także sporo mentalności od swoich rodziców, którym przyszło większą cześć życia spędzić w komunizmie. Nie może być jednak zgody na zrzucanie winy za trudną sytuację młodych ludzi na wpływ poprzedniego pokolenia, jest to praktycznym pójściem na łatwiznę, gdyż nic nie usprawiedliwia braku myślenia. Mam wrażenie, że wszyscy starają się tłumaczyć problemy młodych, w każdy możliwy sposób, tylko nie ten najprostszy i wydaje mi się najbardziej trafny, czyli mówiąc wprost winna jest zwykła ludzka głupota!

 

Na czym polega zmarnowana szansa, tegoż niby straconego pokolenia?

 

Na wysokich wymaganiach? chęci osiągnięcia sukcesu w życiu? podnoszeniu stopy życiowej sobie i swojej rodzinie? korzystaniu z tego, co życie oferuje? Wydaje się, że to dobre założenia, tylko problem tkwi w środkach i sposobach na ich osiągnięcie. Bezpośrednie zderzenie z rzeczywistością wyidealizowanego spojrzenia na życie, odkrycie prawdy, iż nic nie przychodzi łatwo i bez konsekwencji. Na niektóre rzeczy trzeba sporej dawki determinacji by je osiągnąć, zrealizować zamierzone plany. Odbicie się od ściany realiów gospodarczych, rynku pracy, efektów edukacji, pułapek zadłużenia i życia ponad stan z przeświadczeniem, że później jakoś to będzie… Takich elementów można wymieniać sporo, tylko, że przed każdym z nich rozsądnie myślący młody człowiek może się uchronić i nie wydaje mi się by tworzenie zestawu problemów dotykających młodych miało realne odbicie w podcinaniu skrzydeł całemu pokoleniu, czyniąc z nich ofiary nowych czasów.

 

Pokolenie czy człowiek?

 

Ja stawiam nie na tworzenie tej dziwnej konstrukcji skupiającej wszystkich z danych roczników w jakieś zmarnowane, stracone pokolenie. Dla mnie odpowiedzialność każdego człowieka zaczyna się i kończy na nim i jego rodzinie, to on odpowiada za wybory i kierunki, w jakich poprowadzi swoje życie. Jeśli straconym… nazywa się grupę ludzi, której przyszło żyć w danych czasach, w których ciężko o sukces, to ja mówię NIE! W każdych czasach jest ciężko o sukces, dlatego osiągają go nieliczni i tak powinno być! Wiem, że nie ma czasów, nie ma krajów, które dają immunitet od głupoty. Jeśli ktoś ma życie stracone, to w dużej mierze zawdzięcza to zawsze sobie, nie państwu, nie sytuacji na rynku pracy, nie innym… tylko sobie.  

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (21) | dodaj komentarz

TEST NA PRAWDZIWEGO ATEISTĘ

środa, 10 października 2012 12:32

 

 

Panuje jakaś dziwna moda na ogłaszanie całemu światu swojego ateizmu. Nie widzę w tym nic złego, ale bardzo często zaczynają mnie irytować powody, dla których jakieś 80% ateistów, zostało ateistami.

 

 

Mały test na to czy jesteś prawdziwym ateistą:

 

- Czy nie zgadzasz się z poglądem kościoła na aborcję, antykoncepcję, zapłodnienie in vitro, itp.?

 

- Czy potępiasz kościół za tuszowanie afer pedofilskich wśród księży?

 

- Czy denerwuje cię zamożność kościoła i uważasz ją za nieuprawnioną?

 

- Czy złoszczą cię zachowania konkretnych duchownych i uważasz je za absolutnie niepoprawne?

 

- Czy uważasz, że ingerencja kościoła w sprawy państwowe, świeckie, jest zbyt duża?

 

- Czy słyszałeś o aferach związanych ze zwrotem utraconego majątku kościoła, w których dochodziło do korupcji i łamania prawa a także rażących zaniedbań?

 

- Czy źle ci się kojarzy Radio M., TV Trwam i T. Rydzyk?

 

- Czy nie lubisz hipokryzji ludzi wierzących?

 

- Czy obwiniasz kościół za wiele tragedii na przestrzeni naszej historii?

 

 

Jeśli choćby jedno z powyższych pytań, na które odpowiedziałbyś TAK jest powodem, dla którego zostałeś/zostałaś ateistą, to niestety muszę stwierdzić, że ateistą nie jesteś! W takim razie kim jesteś? Człowiekiem, któremu wiara w Boga pomyliła się z brakiem wiary w instytucję kościoła i ludzi w nim funkcjonujących.

 

Żadne z powyższych pytań nie jest wystarczającym powodem by zostać ateistą. Jedyny, wydawałoby się że oczywisty, ale absolutnie jedyny powód, aby określać się mianem ateisty to… BRAK WIARY W BOGA!

 

Szanuję tych, którzy potrafią nie wierzyć w Boga, to ich pełne prawo, ale szczerze śmieszą mnie osoby uzasadniające swój ateizm jednym z wyżej wymienionych zagadnień poza oczywiście brakiem wiary w Boga. Wydaje mi się że odrzucają wiarę, której kompletnie nie rozumieją, o czym świadczy powód porzucenia…

 

Z większością zarzutów wobec kościoła niestety się zgadzam i wcale się nie dziwię odpływowi wiernych! Coś niedobrego dzieje się z kościołem, jako instytucją i z ludźmi kościoła. Jako wierzącego niepokoi mnie to… mimo wszystko w życiu nie pomyślałbym o porzuceniu wiary w Boga na podstawie błędów instytucji.

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (155) | dodaj komentarz

ODKURZACZ DLA KAŻDEJ DZIEWCZYNKI

czwartek, 27 września 2012 14:09

 

Nigdy nie widziałem nic złego w tym, że małe dziewczynki bawią się lalkami a nie samochodzikami, lubią bawić się w dom a nie w wojnę. Normalnym dla mnie było to, że w sklepach z zabawkami można spotkać kierowane specjalnie dla dziewczynek serwisy do urządzania spotkań przy herbatce z pluszakami, a nawet małych kuchni z pełnym wyposażeniem.

 

Jednak istnieje pewna granica przesady, to, co od jakiegoś czasu pojawia się na półkach takich sklepów, wybitnie przekracza barierę rozsądku. Chodzi o takie zabawki, które zabawkami raczej być nie powinny, mianowicie, odkurzacze, kompletny do sprzątania, żelazka itp. Ja widzę delikatną, ale istotną różnicę między zabawą w „dom” gdzie kuchnia jest jakby tłem, a zabawą w obowiązki domowe takie jak mycie podłóg. Z całą pewnością takich zabawek córce bym nie kupił!

 

A może widzę problem tam gdzie go nie ma? Z drugiej strony czy karabiny to także odpowiednie zabawki dla chłopców? co jest gorsze? odkurzacz czy karabin? Sam jako chłopiec bawiłem się w wojnę, moje koleżanki z podwórka w sklep, dom, tak było… tak jest i dziś… W dzisiejszych czasach jednak zaczęliśmy się mocno zastanawiać nad wzorcami, jakie przekazujemy naszym dzieciom.

 

Nie chciałbym żyć na świecie gdzie na siłę zabrania się dzieciom zabawy tym czy innym przedmiotem, bo kojarzy się on z tradycyjnymi rolami społecznymi, ale też zdaję sobie sprawę, że poprzez tak prozaiczną rzecz, jaką jest dziecięca zabawka, można sugerować lub podświadomie ukierunkować naszą pociechę w jakąś stronę lub zwyczajnie ograniczyć pole wyboru.

 

Kupując dziecku zabawkę warto zastanowić się nad jej możliwym wpływem…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (35) | dodaj komentarz

LENIWI OJCOWIE

sobota, 11 sierpnia 2012 10:30

 

W poprzedniej notce pisałem o „dobrych” mamusiach, czas na „cudownych” tatusiów. Ojciec w życiu dziecka ma do spełnienia bardzo ważną rolę, równie istotną jak matka, choć dziecko zazwyczaj związane jest bardziej z kobietą, to także spogląda na ojca w poszukiwaniu wzorów postaw życiowych… I jakie to wzory nowocześni ojcowie prezentują swoim dzieciom?

 

Zacznijmy staroświecko, uderzając w jedną z podstaw… mężczyzna ma zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie, zarobić na nią, standardowe podejście, no i do dziś każdy szanujący się facet uważa, że to jest jego rola, słusznie! ale przecież nie jedyna. Problem w tym stanowisku wynika z faktu, że wilki za oknem już nie biegają, mężczyzna nie musi więc chwytać za broń i bronić rodziny fizycznie. Obecnie musi się wykazać rozsądkiem, dojrzałością i tutaj natrafiamy na kłopot, bo wielu przedstawicieli płci brzydkiej bardzo długo pozostaje małymi chłopcami i zapomina dorosnąć do swojej roli.

 

Jeśli nie przed drapieżnikami ma bronić najbliższych to zostaje mu obrona dobrobytu rodziny, dbałość o bezpieczeństwo finansowe, jakie powinien zapewnić swoim najbliższym. Nie od dziś wiadomo, że rolę wilków przejęły banki dające kredyty na wszystko, a potem (szok!) oczekujące spłaty długu… Zagrożenia czyhają wszędzie! Choćby na podwórku sąsiada, jeśli on ma dobry samochód, to nowoczesny tatuś rozum zamienia na balonik napompowany jego własnym EGO i pozornie by pokazać wszystkim, że jest w stanie finansowo radzić sobie w życiu, koniecznie zadłuży się by mieć lepszy wóz… lepszy dom, lepsze wakacje itp. Niestety listę można by ciągnąć w nieskończoność… W świecie gdzie sukces i męskość liczy się liczbą zer na koncie zapomina się o innych jej atrybutach.

 

Odbiegam od tematu notki? nie, wskazuje czym się dzisiejszy facet kieruje, a o czym zapomina, jak nietrudno się domyślić taka postawa życiowa przekłada się na wiele aspektów życia, w tym na rodzinę i wartości przekazywane swoim pociechom.

 

Mężczyźni, w przeważającej większości zapomnieli, że aby nazwać się dobrym ojcem nie wystarczy zapełnić lodówkę… prawdziwy mężczyzna musi dbać o rodzinę, w każdy sposób, nie tylko finansowy. Dziecko w tej układance nie może być elementem, któremu okazuje się uczucia drogimi zabawkami, oczywiście dzieci są łase na prezenty, ale każde dziecko w naturalny sposób potrzebuje uwagi ze strony rodzica, i tu dzisiejszy facet jest kompletnym idiotą…

 

 

 

Jak często widać ojców bawiących się ze swoimi dziećmi? grających w piłkę, puszczających latawce? Mój ojciec potrafił ze mną zrobić łuk, grać w piłkę, opowiadać różne ciekawe historie, uczyć rysować, jeździć na rowerze, pomagać lepić modele, inspirować do kolekcjonowania różnych przedmiotów, rozbudzać ciekawość świata w każdej wolnej chwili biorąc mnie na wycieczki, robić tysiące rzeczy na które nie zawsze miał siłę… Czy to nie był wysiłek? czy nie łatwiej mu by było usiąść na kanapie? Dziś jestem mu wdzięczny za każdą minutę tego czasu, a obecne dzieciaki za co będą wdzięczne? za moment zapłacenia za grę komputerową? bo tylko tyle czasu w tym zagonionym świecie rodzic może znaleźć dla dziecka? Liczą się pewne priorytety! Teoretycznie rodzina u każdego jest na pierwszym miejscu, praktycznie praca dawno zajęła wszystkie miejsca na podium.

 

Lenistwo! nie zawodowe, rodzinne lenistwo… Jak często nowoczesny ojciec po pracy włącza sport w TV zamiast iść do pokoju dziecka, zapytać go co robiło, coś mu opowiedzieć, bawić się…? Pewnie, można tłumaczyć takie postawy, że wybierają ciężką pracę dla dobra rodziny poświęcając tym samym z konieczności ten czas dla najbliższych… A ja mówię, BZDURA! Praca pracą, kariera karierą, ale czasem warto zarobić zamiast na Egipt to na wakacje nad jeziorem, byle znaleźć czas na dziecko. Prawdziwego faceta poznaje się nie po samochodzie jaki ma w garażu, ale po jego dziecku, po kontakcie jaki ma ze swoją latoroślą, po tym co przekazał, czego nauczył…

 

Nie wolno nam się dziwić słysząc o makabrycznych zachowaniach młodych ludzi, jeśli ich wychowanie ograniczono do pytania „Co tam w szkole?” i „Odrób lekcje”.

 

Oczywiście można zrozumieć, że czasem się czegoś komuś nie chce, nie ma siły, ale ta wymówka nie działa każdego dnia, nie może być permanentnym wytłumaczeniem. Właśnie lenistwo wobec rodziny tłumaczy ten olbrzymi wysiłek jakim dla takich facetów jest usiąść obok swojego dziecka i porozmawiać z nim… łatwiej włączyć TV, wstać po puszkę piwa zamiast podnieść zabawkę swojej pociechy i z nią się powygłupiać. Leniwi ojcowie kończą pracę po powrocie do domu, uznają, że ich praca i obowiązki kończą się po przekroczeniu progu… Nie ma już chyba głupszej logiki… A jednak, tacy tatusiowie mają gdzieś życie swoich dzieci dopóki czegoś nie przeskrobią i wtedy mogą się wykazać jako sąd domowy i wymierzyć karę. Czy budują swój autorytet w oczach młodego człowieka? nie! siłą, groźbą i karą, szacunku się nie buduje, prędzej traci się kontakt i zaufanie jakie między rodzicem i dzieckiem powinno istnieć.

 

Stało się coś niedobrego z wzorem męskości. Kiedyś rola ojca w wychowaniu dzieci była tak oczywista i istotna, mimo iż wówczas twierdzono że opieka nad dzieckiem była wyłącznym obowiązkiem kobiety. Na ironię losu zakrawa fakt, że wydaje mi się, iż wtedy bardziej niż dzisiaj, dzieci mogły liczyć na udział ojca w ich wychowaniu. Obecne maluchy mają mniej ojców w swoim życiu niż w czasach w których o równym podziale domowych obowiązków nikt nie słyszał.

 

Wkład w wychowywanie potomka przez bardzo wielu mężczyzn jest traktowany jako niemęski, mimo pozytywnych przykładów, które są dość częste. Większość uważa, że to nie jest ich zadaniem, ale hipokryzja króluje! bo gdy tylko się ich zapyta o to, to pewni siebie odpowiedzą, że jak najbardziej, udzielają się, uważają to za istotne itp. ale to tylko przykrywka, praktyka widoczna w życiu mówi zupełnie inaczej! I to jest przykre… ja osobiście wstydziłbym się nazwać mężczyzną gdybym swoje rodzicielstwo ograniczył do przyniesienia pensji do domu.

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (12) | dodaj komentarz

PRZEZ ZACIŚNIĘTE ZĘBY

wtorek, 07 sierpnia 2012 9:38

 

Za każdym razem, gdy jestem w jakimś dużym przybytku konsumpcyjnego żywota spotykam się z tą samą sceną, zmieniają się tylko jej aktorzy… scenariusz pozostaje ten sam i wywołuje we mnie niegasnący niesmak… Zaczyna się zazwyczaj, gdy zajęty ładowaniem do koszyka swoich zakupów słyszę jak za mną, obok mnie albo przede mną, jakaś (dobra?) MAMUSIA chwytając nerwowo swoje dziecko zniża się do niego marszcząc czoło i przez zaciśnięte mocno zęby (tak żeby nikt za dużo nie usłyszał i z jakiegoś powodu nie zwrócił na nią uwagi, choć szczerze nie wiem jak można taką scenę przeoczyć…) mówi do dziecka z wyraźną pretensją, wrogością i praktycznie agresją… USPOKÓJ SIĘ, SŁYSZYSZ! CHODŹ TU! NIE KRĘĆ SIĘ! BO CIĘ TU ZOSTAWIĘ!

 

I tak naiwnie sobie myślę, czy to norma? Czy większość matek tak zachowuje się wobec swoich małych pociech? Wydaje mi się, że te, które tak często w takich sytuacjach słyszę, zapominają, że dziecko to nie rzecz, to nie przedmiot, który wstawia się do mieszkania czyniąc go tym samym swoim, to mały człowiek! Czy te matki zapominają, że dziecko jest ruchliwe? ciekawskie? szybko się nudzi a niezadowolenie czy też kilka innych emocji okazuje najprościej jak umie, przez płacz, krzyk, jest przecież dzieckiem! To rodzic ma za zadanie być tym rozsądnym dojrzałym człowiekiem, który to dziecko wychowuje, no a w takiej sytuacji? Zastanawiam się, czego może nauczyć swoje dziecko taka matka? Przecież wyraźnie pozwala by nerwy wzięły górę, w żaden sposób nie potrafi dotrzeć do swojego małego skarbu jak tylko krzykiem, groźbą, a nawet fizyczną przemocą, bo czym jest ściskanie dziecka za rękę, nie trzymanie a mocne ściskanie, że o szarpaniu nie wspomnę…?

 

Uważam, że do dziecka w każdym wieku rodzic przy odrobinie chęci i cierpliwości może dotrzeć, od małego człowieka nie wolno oczekiwać dorosłych postaw, że mając pięć latek zrozumie, że nie wypada mówić wśród ludzi o kupce, lub nie płakać, gdy jest zmęczony, trzeba uczyć, wychowywać, ale nie krzykiem, groźbą, szarpaniem… stosując takie metody, co najwyżej można z siebie zrobić potwora a swojemu dziecku wpoić ten jakże prymitywny sposób komunikacji opartej na sile.

 

Nie wiem, co sądzić o takich matkach, przerażają mnie… i choć starają się być cicho, zniknąć w tłumie, nie potrafią zrobić nic innego tylko krzyczeć na swoje dziecko, chyba się tego wewnętrznie wstydzą, bo po cóż to marne krycie się z tym, dumą ich własne zachowanie chyba je nie napawa…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (25) | dodaj komentarz

OCZEKIWANIA

czwartek, 19 lipca 2012 12:34

 

Kilka lat temu zrozumiałem, że oczekiwania, jakie stawiamy przed sobą i naszymi najbliższymi są niczym innym, jak tylko projekcją naszych pragnień… dążeniem do idealnego według naszego subiektywnego odczucia, momentu, relacji, zachowania. Nie jest trudne zrozumienie kompletnej bezsensowności tego działania, nigdy i nikomu w pełni nie da się zapanować nad wszystkim co go otacza, choć wielu daremnie próbuje. Mamy duży wpływ na nasze własne życie, ale nie na życie ludzi wokół… nie taki, jaki chcielibyśmy mieć. Brzmi banalnie, ale banalne prawdy są często tymi najbardziej trafnymi i nie da się ułożyć świata tylko i wyłącznie po naszej myśli…

 

Dawno temu próbowałem stworzyć idealny moment, wieczór… młody i naiwny sądziłem, że jeśli zależy mi na kobiecie, chcąc ją uszczęśliwić mogę jej dać najbardziej romantyczny moment, jaki jestem w stanie stworzyć, tak by ją ucieszyć, wzbudzić emocje, podsycić uczucie rozwijające się miedzy nami. Moja pragmatyczna część duszy kazała wszystko zaplanować, najdrobniejszy szczegół, tak, aby wszystko było prawie idealne, a na pewno idealnie bliskie z moim wyobrażeniem.

 

Cudowny wieczór jednak od samego początku okazał się klapą, gdyż nie wyszedł tak jak planowałem. Najdobitniej przekonałem się, że wszystkiego nie mogę ułożyć tak jak chcę, a nawet najlepsze chęci nie usprawiedliwiają próby kontroli świata. Z każdym momentem tamtego wieczoru budziła się moja frustracja, złość, to nie tak miało być! to nie tak! i tamto nie tak! Moje nerwy dotyczyły co prawda rzeczy niezależnych ode mnie, ale sprawiły, że wieczór, który mógł być całkiem fajny, przez wzgląd na to jak czuliśmy się ze sobą, rozpadł się jak domek z kart.

 

Nawet jeśli coś nie szło tak jak planowałem, przecież nie oznaczało to automatycznie złego momentu. Jednak wtedy dla mnie było to równoznaczne z porażką, bardziej istotny był plan, niż chwila! Nie potrafiłem okiełznać swoich negatywnych odczuć. Dziś żałuję, bo o jeden a może i kilka pięknych dni z życia mam mniej. Wszystko dlatego, że zgubiłem rozsądek, zapomniałem co się liczy. To tak jakby wymarzyć sobie piękną pogodę na spacer, a gdy w jego trakcie zacznie padać, uznać, że spacer był do niczego, bo nie tak to miało wyglądać. Co z tego, że byłoby miło? ale oczekiwanie rozmijając się z rzeczywistością frustrowałoby do tego stopnia, że zaprzeczalibyśmy własnym odczuciom byle utwierdzić się w marności chwili, która marną wcale nie była… Tak działa ten mechanizm.   

 

Człowiek ma coś w swojej naturze, co karze mu robić wszystko po to, by nakarmić siedzący głęboko w każdym z nas głód kontroli nad wszystkim, co otacza nasze życie. Jest w tym zjawisku próba znalezienia sposobu na szczęście, ale także obrony przed skrzywdzeniem. Mylnie wydaje się nam, że im więcej kontroli, tym mniej rozczarowań, a im życie bardziej zaplanowane, tym mniej razy kopnie nas w cztery literki. Podczas gdy chyba całą siłą człowieka jest radzenie sobie w różnych sytuacjach, tak bardzo kochamy poczucie wolności, brak skrępowania, a jednocześnie ogromnie się boimy samodzielności wobec tego, co otacza, płata figle, biegnie nie tak jakbyśmy tego oczekiwali…

 

Ile razy widzimy ludzi próbujących na siłę kontrolować wszystko? Czy wyglądają na zadowolonych? Udaje się im? Czy może jednak próba spełniania w 100% własnych oczekiwań wobec otoczenia prowadzi do wiecznych wewnętrznych, ale i zewnętrznych konfliktów?  

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (5) | dodaj komentarz

BEZRADNOŚĆ...

czwartek, 14 czerwca 2012 10:42

 

Przyznam, że do napisania o bezradności w życiu, zostałem zainspirowany komentarzami pod poprzednim tekstem o szczęściu… Tego się spodziewałem, podziału na ludzi wierzących w szczęście, no i na tych, którym szczęście wydaje się bardzo odległe lub ciężko osiągalne z różnych przyczyn. A co było dość symptomatyczne, to brak wiary w siebie lub ludzi w ogóle… Przesadzam? Wyciągam nieuprawnione wnioski? Być może, mylić się ludzka rzecz… ale niestety postawy o których mówię bardzo często spotykam w życiu. Niby są logiczne, niby nacechowane realizmem, ale też kompletnie podcinają skrzydła ludziom, którzy przecież noszą w sobie jakiś pozytywny potencjał.

 

W komentarzach czytam „…mało kiedy możemy wpłynąć na nasze życie, choćby praca, wiadomo jak o nią jest trudno, a tym bardziej taką która by nam sprawiała przyjemność i godziwe zarobki. Wykształcenie samo nic nie daje, jeśli nie masz znajomości -to leżysz. Bez pracy nie masz domu, o rodzinie możesz zapomnieć bo z czego ją utrzymasz. A być szczęśliwym to spełniać swoje marzenia, w dzisiejszym świecie to mało realne”. Mało kiedy możemy wpłynąć na nasze życie? choćby praca? tak, wiadomo że o pracę ciężko, tym bardziej sprawiającą przyjemność i dającą dobre zarobki, a ja zapytałbym czy aby na pewno ta osoba zrobiła wszystko żeby mieć łatwo o pracę? Nie wolno mieć złudzeń, to my decydujemy o naszym życiu, każdy człowiek wybiera miejsce, do którego zapuka w poszukiwaniu pracy, każdy człowiek odpowiada za to co ma w swoim CV, przecież nie sąsiad, prawda?

 

Argument o wykształceniu, które nic już nie daje bo potrzebne są znajomości, symbolizuje błędne myślenie o życiu… Oczywiście że wykształcenie nic nie daje, a co ma dać? Jeśli na rynku jest wiele osób wykształconych to trzeba się czymś wyróżniać. Samo papierowe wykształcenie nie mówi o inteligencji, nie mówi nawet o zdobytej wiedzy, a już na pewno nie mówi o tym, czy dany człowiek potrafi wykorzystywać kreatywnie swój umysł wychodząc poza przeciętność! A tego się szuka! Takie osoby nie mają problemu ze znalezieniem pracy, bo dla najlepszych zawsze jest miejsce. Wykształcenie to jak bilet, zdobywasz je i możesz wsiąść do pociągu, który jedzie do lepszej przyszłości, ale to jakim jesteś człowiekiem, jakimi cechami się wyróżniasz, to jest twój paszport, tylko on przepuści cię przez granicę, sam bilet to za mało! Przekonanie, że samo wykształcenie załatwia dobrą pracę, lepszą przyszłość, jest bardzo kłamliwe i tak naprawdę pochodzi z czasów, gdy tylko nieliczni mogli zdobyć wykształcenie, a już przez sam fakt jego posiadania byli wyjątkowi.

 

I sławetne znajomości, oczywiście, jeśli w życiu nie idzie tak jakbyśmy chcieli, to fakt że można dostać coś po znajomości, bardzo nam pomaga się wytłumaczyć, ale to tylko wytłumaczenie i to także pochodzące z przeszłości, bardzo mocno zakorzenione w głowach wielu ludzi. Zapytajmy się sami siebie, gdyby każdy miał firmę, zatrudniał przykładowo dziesięciu pracowników, no i na tej firmie wychodziłbym powiedzmy na swoje, czy zatrudniłby swojego kolegę? Pomijam fakt, że z rodziną i znajomymi lepiej w interesy nie wchodzić, ale czy zatrudnilibyśmy kolegę po znajomości, wiedząc że szuka pracy i zdając sobie sprawę, że jeśli go zatrudnimy mając niewielką firmę, to albo ograniczymy nasz osobisty zarobek albo obniżymy pensje pozostałym dziesięciu ludziom dla nas pracującym? Skądś pieniądze na jego pensje muszą się wziąć, prawda? A podkreślam, mamy niewielką firmę, nie stać nas na trzymanie kogoś na etacie dla dobrego serduszka. To jak, co wtedy zrobilibyście?  

 

Ach, no i drugi wariant, niech to będzie firma, która potrzebuje kogoś na konkretne stanowisko, brakuje wam człowieka, macie pieniądze na jego pensję, to zatrudniacie kolegę po znajomości mimo że kompletnie nie zna się na tym do czego zostałby zatrudniony? Z całą pewnością dla koleżeństwa strzelicie sobie w stopę żeby po kilku miesiącach umrzeć z wykrwawienia, bo firma wam się rozleci, już widzę to zatrudnianie po znajomości! Żyjemy w lepszej lub gorszej formie gospodarki wolnorynkowej. Za czasów PRL ludzie mogli mówić o zatrudnianiu przez znajomości, gdy każda fabryka, zakład były państwowe i nikt nie liczył się z rachunkiem ekonomicznym, nic nie było jego, to się mówiło: „Zdzisiu chodź, mam dla ciebie robotę w naszym zakładzie”. Dziś, tak może się dziać tylko w bardzo dużych firmach, gdzie utrzymanie kogoś z dobrego serduszka nic nie zmienia, ale wtedy ileż właściciel takiej firmy może mieć znajomych, na pewno nie więcej niż tych, którzy dla niego pracują, bo są mu potrzebni.

 

Zasada zdobywania pracy przez znajomości obecna jest tylko we wszystkich miejscach, gdzie państwo ma władzę, np. administracja, bo tam znajomość może pomóc, bo to przecież nie jest tego, kto komuś załatwi pracę, dlatego może sobie pozwolić na to… No i jedyny pozytywny przypadek gdzie po znajomości można dać pracę, jeśli nasz znajomy jest tym kogo w firmie potrzebujemy, a jeszcze dodatkowo wiemy że jest niezły w tym co ma robić. To po co stawiać na obcego konia, stawiamy na tego z naszej stajni, ale takie przypadki są rzadkie, więc tłumaczenie się znajomościami naprawdę ośmiesza, nie znajomi odpowiadają za nasz życiowy sukces! tylko my sami! kto mówi że jest inaczej przyznaje się do tego, że inni decydują za niego w życiu a on nie ma nic w tym do powiedzenia… 

 

Zwrócił moją uwagę także ten komentarz „Uważam, że mamy bardzo niewielką możliwość, by wpływać na własne życie - grunt, to sobie z tego zdać sprawę, przestać się miotać i pogodzić się wreszcie z tym. Zastanowić się nad sobą i zająć się rzeczami bardziej realnymi do osiągnięcia, a przestać podążać za marzeniami i jakimiś wielkimi celami....”. Grunt to zdać sobie sprawę, że mamy niewielką możliwość wpływać na własne życie? przestać się miotać i pogodzić z tym? Dla mnie byłaby to największa życiowa porażka, uznać że nie dam sobie rady z czymś, że mam porzucić moje marzenia, uznać że nie mam wpływu na moje życie, to się nazywa porażka! Bogu dzięki, że na tym świecie było i jest dość sporo ludzi, którzy miotali się bo życie jakie dostali nie odpowiadało im i mieli ambicje by chcieć czegoś więcej. Dzięki takim ludziom, którzy tam gdzie inni widzieli mury, oni widzieli możliwości, świat idzie do przodu! Trochę ponad sto lat temu jak ktoś mówił, że człowiek może zbudować maszynę dzięki której będzie mógł latać, jeździć bez zaprzęgu koni albo stanąć na księżycu, to większość tych godzących się z życiem takim jakie jest, mówiła - dajcie sobie spokój! zajmijcie się czymś realnym! Tylko marzenia, podążanie za nimi, sprawia że świat się zmienia, że człowiek może osiągnąć to, o czym zawsze marzył. Natomiast właśnie dzięki takiej postawie z tego komentarza możemy zobaczyć jak na dłoni, dlaczego każdy z nas marzy o czymś, a tak niewielu to osiąga… 

 

„Osoby po przejściach nigdy nie będą szczęśliwe tak samo jak ludzie z słabą konstrukcją psychiczną....”. Nieprawda, no i są na to dowody, osoby po przejściach często mogą osiągnąć nawet więcej niż te, którym wszystko w życiu gładko zostało podane... Jeśli ktoś zabierze się za drobną analizę ludzi, którzy zmienili świat, mieli na niego istotny wpływ, zobaczy, że bardzo wielu z nich miało paskudne dzieciństwo, trudną młodość, a niektórzy krótkie i ciężkie życie, ale mieli swoje pasje, mieli marzenia, życie szczęśliwe nie oznacza łatwe! A każdy z nas wie, że są dwa typy ludzi, tacy których problemy dołują, no i tacy których problemy motywują. Jeśli ktoś dostaje w prezencie wygodne i dostatnie życie, to często go zwyczajnie nie docenia, bo jeśli ma wszystko z góry dane, to jaki ma dla niego sens staranie się o coś więcej? nikły… Osoby po przejściach mogą zawsze pokazać swoją wartość… wszystko zależy tylko od nich…

 

A tu także coś ciekawego, zwróciłbym uwagę na powtarzający się argument pracy, braku wpływu na życie „Nie zgadzam sie z tym co jest napisane odnośnie tego czego sie chce ponieważ nie każdy ma w każdej chwili możliwość" chcenia" znalezienia sie w "chcianym "miejscu bycia z "chcianą" osoba itd. Niby sami dokonujemy wielu wyborów ale np. w związku z praca jest tak jakby sie "chciało”. Jeśli potencjalny pracodawca ma do wyboru paszteta a ładną kobietę to wybierze w 99% lalkę i teraz powiedzcie mi gdzie to ta siła "chcenia"??????????????? Siła chęci nie zdobędziemy marzeń bo czasy są okropne i nie koniecznie zdobędziemy samymi chęciami tego czego pragniemy…”. Nie każdy ma możliwość znalezienia się w chcianym miejscu i z chcianą osobą? A dlaczego nie? pytanie czy ta osoba chce znaleźć się tam z nami, pytanie czy my zrobiliśmy wszystko by tam być, a nie gdzieś, gdzie wcale nie chcemy być… Wszystko zależy tylko od nas, nasze życia to splot setek, tysięcy drobnych i większych decyzji, które prowadzą nas do tego miejsca w którym się znajdujemy. Rozsądni ludzie tak podejmują decyzje dotyczące ich życia, by ten splot zaprowadził ich do wyznaczonego celu. Niestety nikt nie ma magicznej różdżki, dzięki której jak tylko powie, chce być tam teraz i z tą osobą, tak też się stanie… Jeśli potencjalny pracodawca, cytując komentarz, ma do wyboru „paszteta” i ładną kobietę to na 99% wybierze… Mój Boże, tu zasada działa jak w pracy po znajomości, jeśli dla kogoś kryterium zatrudnienia nie są umiejętności, ale tylko i wyłącznie ładna buzia to znaczy że jest głupcem (pomijam zawody gdzie ta uroda jest konieczna). Dodatkowo już widzę jak na księgową, właściciel firmy wybiera ładną buzie bez kwalifikacji, tak, na pewno… w końcu jak zbankrutować to z ładnym uśmiechem. Czy uroda jak i wykształcenie to nie wymówka idealna na własne niepowodzenia? Prawda w tym komentarzu jest tylko w jednym miejscu, nie samymi chęciami osiągniemy to czego pragniemy, za chęcią, tak jak za wykształceniem, musi stać coś więcej…

 

„JAK MOZNA BYC DZISJ SZCZESLIWYM, KIEDY NA KAZDYM KROKU PODLOSC. GRATULUJE GRUBEJ SKORY!!!!”. Nie było momentu w dziejach ludzkości gdy podłości było mniej, miała ona różne formy, ale jak dobro i zło, zawsze istniała i istnieć będzie, ale gdy się żyje mądrze to można w znaczącym stopniu uniknąć podłości, a z tą, z którą przyjdzie się nam zmierzyć, poradzić sobie dobrze. Gruba skóra to fajne określenie na zaradność życiową, wytrzymałość, a to wszystko człowiek może nabyć i wbrew obiegowym opiniom, nie kosztem innych…

 

Ciekawe… „Szczęście trwa chwile dwie, a potem budzimy się proszę Pana... :))) I trzeba umieć żyć, zwłaszcza jak się szczęścia nie odczuwa. Ono NAS ODWIEDZA tylko "na jakiś etap życia"... można się o nie starać, ale wątpię czy można je zatrzymać na dłużej. NIE WSZYSTKO ZALEŻY OD NAS SAMYCH...”. Współczuję osobom dla których szczęście to tylko mrzonka i sen, czasem życie jest beznadziejne, ale właśnie takie momenty trzeba uznawać za etapy, zawsze wierzyć i dążyć do tego lepszego dla nas życia. Tak jak dzięki samemu sobie można zdobyć szczęście, tak i można je utrzymać, bo nic nie jest dane na wieczność. Jeśli kupujemy piękną roślinkę, to aby nas cieszyła swoją urodą jak w dniu zakupu trzeba o nią dbać, inaczej zwiędnie, bez starania nie ma nic i nic nie trwa…

 

„A mi się nic nie udaje, wszystko się tylko pierniczy i jest coraz gorzej. Nie ma koło mniej kochającej osoby, mam koszmarną pracę, której nie znoszę, wszelkie zmiany to tylko porażki. Nie jestem szczęśliwa i coraz bardziej nie znoszę tego życia!”. Przykre, moim zdaniem w takim momencie życia trzeba mocno przysiąść i pomyśleć nad swoimi wyborami, jak to się stało że znaleźliśmy się w tym, a nie innym miejscu. Nikt nie jest nieomylny, pomyłki, trudne chwile każdemu się zdarzają, niekiedy są dość długim pasmem porażek, ale to absolutnie nie oznacza że w pewnym momencie nie można tego odmienić! Wielu ludzi odbijało się od dna, wchodząc tym samym na szczyt, da się, polecam zmiany, jeśli coś nam w życiu nie pasuje, lepiej porzucić zastanawianie się co by było gdyby… tylko zacząć działać, oczywiście nie każda zmiana przyniesie pożądany efekt, ale jest wtedy szansa! A siedząc w miejscu i płacząc, czy coś zmienimy?   

 

Szczególna myśl „Szczęście to nie robić to, co się lubi, tylko polubić to, co się robi. Ale sama tego nie wymyśliłam, gdzieś przeczytałam”. Brzmi mądrze ale czy taka jest ta myśl? Szczęście to nie robić to co się lubi? a co? to czego nie lubimy? Choć przyznam częściową rację tej sentencji, niekiedy warto spojrzeć na pewne elementy życia pod innym kątem, spróbować je polubić, chcąc coś osiągnąć. Nie zawsze droga do tego wiedzie przez same rzeczy przyjemne. Niekiedy trzeba robić to, co miłe nie jest. Ile osób aby zdobyć dobre wykształcenie zrezygnowało z chwil ze znajomymi, kolejnej imprezy i siedziało nad książkami długie godziny? Jeśli coś służy jakiemuś konkretnemu celowi, a nie da się tego obejść, to warto zmienić sposób postrzegania danej czynności, polubić ją… łatwiej nam wtedy będzie przychodziła i szybciej mijała…

 

Zakończę ten zbyt długi wpis pozytywną myślą z komentarza, który wyraża wiarę w to co jest w nas, w moich oczach takie postawy zawsze zyskują "WSZYSCY W ŚWIECIE SZUKAJĄ SZCZĘŚCIA, A JEST JEDEN SPOSÓB, ABY JE ODNALEŹĆ. TRZEBA KONTROLOWAĆ SWOJE MYŚLI. SZCZĘŚCIE NIE PRZYCHODZI Z ZEWNĄTRZ. ZALEŻY OD TEGO CO JEST W NAS SAMYCH". Ja w to wierzę, wszystko zależy od nas samych…

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl

 



komentarze (14) | dodaj komentarz

ACH! SZCZĘŚLIWYM BYĆ!

czwartek, 07 czerwca 2012 11:34

 

Tylko jak? Pytanie poważne i skomplikowane, ale odpowiedź chyba tak naprawdę dość prosta. Szczęście towarzyszy nam w momentach, gdy robimy to, co lubimy, gdy jesteśmy wśród ludzi, których kochamy, gdy mamy cele i je realizujemy z powodzeniem. Szczęście to stan umysłu, który osiągnąć można poprzez wybór… w sumie kilka wyborów, jakie dokonujemy w przeciągu naszego życia.

 

Zawsze dzielę sprawy na te konieczne, na które wpływu nie mam zbyt wielkiego, no i na te, które w mniejszym bądź większym stopniu, ale jednak zależą od mojego postępowania. Jednak wielu ludzi traci czas na walkę z tymi elementami życia, na jakie wpływu nie mają. W sumie nie dziwię się, zazwyczaj to one przysparzają najwięcej zmartwień. Niestety, walka na tym polu jest z góry skazana na porażkę, nic nie daje. Narzekać można np. na podatki, ale narzekanie samo w sobie nie pomoże by one się zmieniły, natomiast właściwe wybory w życiu mogą zaowocować tym, że płacenie podatków nie będzie problemem, bo nasz portfel będzie zasobniejszy. Na podatki nie, na własną pracę mamy wpływ…

 

Właśnie na takiej zasadzie działa moja metoda na szczęście. Nie tłumaczyć się wiecznie samemu przed sobą, ale stawiać sobie cele i je realizować, a przede wszystkim robić to, co się lubi. Jest to banalne, ale skuteczne. Skupić się na tej części życia, która jest zależna od nas a nie iść na łatwiznę, bo takie kompromisy, jeden po drugim wpychają nas prosto w życie, które zamiast czynić nas szczęśliwymi, tworzy z nas żałosne cienie własnych marzeń z dzieciństwa i młodości.

 

Działając tam, gdzie działania mają sens, tak naprawdę wpływamy też na te elementy życia, na które w żaden inny sposób wpływu nie moglibyśmy mieć, tak kroczek po kroczku, buduje się życiowe szczęście! Przyznam, mimo że brzmi łatwo, sprawia ogromną trudność. Niekiedy zaskakuje mnie jak łatwo jest znosić porażki, zamiast walczyć o sukcesy z pełną świadomością, że nawet nie wygrywając w konkretnej walce może być już tylko lepiej, nie gorzej… gorzej jest tylko wtedy, gdy tkwimy w jednym punkcie i nic nie chcemy zmienić. A zmiana to odpowiedź na wiele problemów… 

 

Ilekroć znajdowałem się w tym punkcie życia, gdzie emocje zaczynały już brać górę nad rozsądkiem, a otaczająca rzeczywistość przytłaczać, orientowałem się, że jest tak tylko, dlatego bo robię coś na siłę, jestem w jakimś miejscu, bo muszę, robię coś, bo muszę, a nie dlatego że chcę… W życiu przecież trzeba być tam gdzie się chce być, z tą osobą, z którą jest nam dobrze, robiąc to, na co mamy ochotę, a np. praca, na którą każdy ma ochotę, to taka, która wiąże się z tym, co nas interesuje, w czym się odnajdujemy, proste, prawda?

 

Pewnie, że można powiedzieć, życie nie jest takie proste! toteż ja nie mówię, że jest inaczej, tylko zasady rządzące życiem są proste, samo życie skomplikowane... dlatego warto sobie je upraszczać… Życie wymaga, a my zazwyczaj mamy pretensje do życia, nie do siebie… mamy oczekiwania, ale nie mamy chęci dać coś od siebie, a bez działania nie ma efektu.

 

Recepta na szczęście nie istnieje, uniwersalne jest tylko jedno, żeby być szczęśliwym trzeba żyć tak jak się chce… robiąc to, co się chce, na przekór wszystkim i wszystkiemu, bo albo jest się wolnym albo zniewolonym, nawet przez samego siebie i własne lęki, a żaden niewolnik szczęśliwy być nie może… warto być wolnym, warto…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (35) | dodaj komentarz

JAK NAS WIDZĄ OBCOKRAJOWCY – STEREOTYPY

sobota, 02 czerwca 2012 2:27

 

 

Jak każdy naród lubimy być chwaleni i doceniani na arenie międzynarodowej, oburzamy się natomiast, gdy tylko słyszymy niepochlebne opinie dotyczące nas w ustach obcokrajowców. Bardzo często zdajemy sobie sprawę, że wiele niemiłych słów jest kompletnie nieprawdziwych, lub zbyt uogólniających. Jednak w każdym stereotypie można znaleźć ziarnko prawdy, a najgorsze jest to, że niekiedy to ziarno jest dość spore…

 

Przez pryzmat jakich stereotypów jesteśmy postrzegani za granicą?

 

Niemcy, nasi bogaci zachodni sąsiedzi, wciąż widzą nas jeszcze, jako złodziei samochodów. Choć ten stereotyp miał podstawy na początku lat 90-tych, kiedy to spora część rodaków oczywiście spod ciemnej gwiazdy, szukała szybkiego zarobku. Ludzie pragnęli dobrych zachodnich samochodów za niewielkie pieniądze, podaż, popyt. Złodzieje wyczuli rynek na swoje usługi i działając masowo zaczęli zapełniać giełdy skradzionymi pojazdami. System poszukiwania skradzionych pojazdów działał kiepsko, dlatego zazwyczaj taka działalność uchodziła płazem. Obecnie stereotyp nieaktualny, ale żywy, podobnie jak ten… obraz naszego rodaka, niechlujnie ubrany, koniecznie z wąsami lubiący napić się wódki robotnik budowlany, brudny i bez znajomości języka hmm… bez owijania w bawełnę, ale pierwsi zarobkowi emigranci w Niemczech na początku lat 90-tych zazwyczaj jednak tak wyglądali, a ich zachowanie było adekwatne do liczby procentów we krwi…

 

Anglicy, dla nich Polak to także robotnik, fachowiec i złota rączka w jednym. Brytyjski pracodawca dziwił się wielokrotnie, że murarz i kafelki położy, elektryką się zajmie, zrobi wszystko. Nawet to miłe, ale obok takiego wizerunku towarzyszył i obecnie ciągle jest nadal żywy obraz – Polaka olewacza, człeka kojarzonego z wyrachowaniem, nadmiernym sprytem i tendencją do odwalania fuszerki. Nieuprawnione według mnie, ale jak to zwykle bywa kilku nieuczciwych ludzi tworzy wizerunek dla uczciwej większości. Anglicy także niezmiennie do tej pory, kojarzą Polaków z mocnym nadużywaniem alkoholu (jakby sami byli święci). Przypisują nam nadmierną religijności, uważają nas za zacofanych społecznie, uprzedzonych do wielokulturowości zachodu, choć tu mają jednak więcej racji. Jesteśmy jako naród uprzedzeni do odmienności, niby tolerancyjni, ale jak to jest, oj dobrze wiemy… Polki mają wizerunek ładnych i pracowitych kobiet, idealnych do roli gospodyń domowych, co to upiorą, ugotują coś więcej niż danie z mikrofali, no cóż, Brytyjki już mają problem z gotowaniem bez użycia gotowych produktów… Zaradność i rodzaj wykonywanych prac na emigracji naszych rodaczek przekłada się na sposób postrzegania, zapominając, że często są wykształconymi i przedsiębiorczymi kobietami. Jest jeszcze jeden minus, Polki dla Anglików są też niby łatwe… kompletnie nieuprawnione, ale obecne w ich umysłach.

 

Amerykanie, mylą nas z Rosjanami, dla nich to jedno i to samo, kiedyś w USA bardzo popularne były żarty z Polaków, ale obecnie to ustąpiło, jeśli coś im się z nami kojarzy to mocny katolicyzm, Papież i Wałęsa, pruderia, no i jak w poprzednich przypadkach, nadużywanie alkoholu… Bardzo spłycony obraz.

 

Włosi lubią Polaków, katolicy, naszego Papieża kochali, dodatkowo przecież spora ilość Polek pracujących przy opiece starszych osób, tworzy nawet sympatyczny wizerunek, południowcy zazwyczaj widzą w nas swoje północne odbicie, lekko niezorganizowani, spontaniczni, głośni, podobni…

 

Szwedzi uznają nas za ludzi bardzo konserwatywnych społecznie, mało tolerancyjnych i mocno wierzących. Jednak najbardziej nieuprawnione i bolesne jest określanie nas jako brudnych… Wiem z czego bierze się ten stereotyp. To skojarzenie związane ze stanem czystości naszych miast, przemysłem zanieczyszczającym środowisko tak ważne u Skandynawów, przekładają na nas. W latach 80-tych szwedzkie dzieci malowały kłęby czarnego dymu nad Polską, gdy dostawały zadanie by zilustrować, z czym kojarzą im się różne kraje…

 

Francuzi, zadziwiające, ale od paru lat, a dokładnie od momentu pewnej naszej akcji promocyjnej, Polak to hydraulik, brutal, nieokrzesany, ale zaradny cwaniaczek, który wszędzie się odnajdzie, spontaniczny, ale niejednokrotnie bywa oszustem. Świecka do przesady Francja widzi nas podobnie jak kilka innych narodów, jako religijnych konserwatystów, na pocieszenie można dodać, że sporo wiedzą o tym, że to nie upadek muru Berlińskiego był początkiem końca komunizmu, Wałęsa i Solidarność są obecne w świadomości i cenione.

 

Rosjanie, bracia Słowianie, Polaków widzą jako wiecznych buntowników, niesubordynowanych, bo przecież, gdy oni nam coś narzucali, czy za cara czy za ZSRR to my byliśmy na nie… Przynajmniej mają w tym rację, a dodatkowo pod względem spontaniczności i lubowania się w trunkach znajdują z nami wiele wspólnego. Zdają sobie sprawę, że ich nie lubimy, niby jesteśmy niewdzięczni za wyzwolenie… (i zniewolenie). Doskonale wiedzą, że mimo zbliżenia z zachodem, mają nić porozumienia z nami jak z nikim innym, obraz Polaka i katolika utrwalony mocno.

 

Czesi i Słowacy, tu jest trudno, jedni nas lubią, przecież masowo wpadaliśmy do nich i wykupywaliśmy alkohol wręcz w hurtowych ilościach, ale co starsi pamiętają, że nasze czołgi wpadły z wizytą kiedyś do ich ojczyzny, a wcale nie były zapraszane. Pojawia się ponownie przekonanie, że jesteśmy bardzo religijni, oni w znaczącej większości są ateistami, pragmatykami a my głośni, pełni spontaniczności i lubiący dobrą zabawę, zapatrzeni w siebie, z wyczuwalnym poczuciem wyższości wobec nich.

 

Sam nie wiem, jeśli spojrzymy na te stereotypy, jakie o nas panują możemy znaleźć parę wspólnych elementów, nadużywanie alkoholu, spontaniczność, zaniedbanie, pracowitość, religijność, konserwatyzm. Czy my naprawdę tacy jesteśmy?

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (108) | dodaj komentarz

WALKA O HISTORIĘ

czwartek, 19 kwietnia 2012 11:31

 

 

Dużo się mówi o historii w szkołach, jedni protestują przeciwko zmianom obecnego stanu rzeczy, drudzy przekonują, że reforma w tej kwestii jest potrzebna. Nie będę przytaczał argumentów żadnej ze stron sporu, raczej przedstawię osobisty stosunek do tematu, ponieważ historia należała do moich ulubionych przedmiotów w szkole, a w życiu stanowiła jedno z istotniejszych zainteresowań.

 

Nie należę do grupy osób uważających, że nauka o przeszłości jest stratą czasu, nie jest, ale też nie należę do osób, które w historii widzą odpowiedź na każdy problem, a jej znajomość uważają za kluczową do funkcjonowania. Ja traktuję znajomość historii, jako coś wzbogacającego, pewien fragment ogólnej wiedzy, z którego można śmiało wyciągać wnioski dotyczące teraźniejszości a także przyszłości. Z mocnym naciskiem na fakt, że historia lubi się powtarzać, nie dosłownie, ale zachowania społeczne, polityczne, nawet ekonomiczne można niekiedy porównywać z czasami bardzo odległymi i widzieć pewne prawidłowości. Człowiek wcale się nie zmienia wraz z upływem wieków, historia to tylko zapis ewolucji świata, myśli, niekoniecznie człowieka, te same słabości i dążenia towarzyszą naszej cywilizacji od wieków.

 

Tak, historii należy uczyć, od najmłodszych lat, tak, jest ona niezbędna, mimo że dla wielu wydaje się stratą czasu. Historia kształtuje całe narody, a to ma wpływ na naszą codzienność. Świadomy obywatel każdego państwa podstawy historii świata jak i własnego kraju znać powinien. Niestety zazwyczaj cała nauka polega na zasadzie wykucia i zaliczenia, a potem to już tylko zapomnieć, bo historii jak każdego przedmiotu trzeba umieć nauczyć, przekazać wiedzę by nie była nudna. Naprawdę każdy potrafi przeczytać kilka stron z podręcznika, kazać się nauczyć kilkudziesięciu dat i historycznych nazwisk po czym z tego przeprowadzić egzamin. Efekt takiego nauczania jest prosty, czy ktoś zda na słabą ocenę czy też bardzo dobrą, tydzień później 90% materiału nie pamięta, a to, co mu w głowie pozostanie to zlepek paru faktów, których połączyć nie potrafi, jednym słowem bezużyteczna masa…

 

Historii uczyć się powinno dając uczniom możliwość tak naprawdę zajrzenia w przeszłość, przeżycia przygody, przecież historia ma w sobie tyle fascynujących elementów, że gdybym miał użyć języka odnoszącego się do filmu, powiedziałbym, że od dramatu przez sensacje, horror aż po komedię, znaleźć można wszystko. Materiałów jest masa, nie trzeba korzystać z suchej książkowej wiedzy, trzeba odnaleźć człowieka w przeszłości i pokazać jego losy, podziałać na wyobraźnię. Tylko wtedy nauka historii ma sens. Problem jest taki, że tyle o ile materiały można udoskonalać i rozpowszechniać, to już element ludzki jest niezastąpiony, nauczyciela z pasją a nie od odklepania z książki… ze świecą szukać… tu nie ma recepty, nawet najlepiej przygotowany nauczyciel nie zastąpi pasji uczenia, przygotowaniem… choć jak już pasji nie ma, to choć przygotowanie… a z nim także krucho.

 

Liczba godzin historii nie powinna być mała, ale i nie zbyt duża. Prawda jest taka, że obecnie czas nauki traci na znaczeniu… czego większość zajmujących się edukacją nie widzi! Zmienia się sposób, w jaki podchodzimy do wiedzy, ta zmiana wpływa na wymiar nauki. Zanim nastała era wszechobecnego i wszechwiedzącego internetu, nauka polegała na przelaniu jak największej ilości książkowej wiedzy do głowy ucznia. Miało to sens mimo faktu, że i tak większość informacji po jakimś czasie uchodziła z głowy ucznia, jasne było, że jeśli pewnych faktów człowiek nie będzie miał w głowie wrytych to do nich w chwili potrzeby sięgnąć nie będzie mógł. Przecież nie chodzi się z książką przy sobie, przecież odnalezienie interesującej i potrzebnej informacji zajmuje sporo czasu przekopując się przez rozdziały, rzędy literek… Tak było kiedyś. Dziś, kwestia znalezienia konkretnej informacji to sekundy, internet, choć niedoskonały pozwala dotrzeć do wiedzy, jakiej poszukujemy błyskawicznie. A dostęp do sieci mamy praktycznie z każdego miejsca. Już nie ma sensu uczyć się stu dat, przypadających na jedno stulecie, o którym uczeń zdobywa wiedzę, stu nazwisk, stu postanowień, stu układów… kto to zapamięta?

 

Dziś należy wiedzieć gdzie i jak szukać informacji, no i mieć wryte w główkę tylko podstawy, porządnie, ale podstawy… A w szkole zamiast bezmyślnie wkuwać, nauczyć się łączenia istotnych faktów… Dobrego wykorzystania wiedzy, do jakiej mamy dostęp! to jest ta rzecz, która jest najistotniejsza i której człowiek musi się uczyć. Wykute gotowe regułki nie zastąpią umiejętnego korzystania z informacji, nie będą stanowić spoiwa czy też żywego elementu wiedzy, nad którym można dyskutować, modyfikować, rozwijać. Faktów się nie zmieni, sposób odczytywania historii już tak.

 

I tu mamy poważne zagrożenie, przez które ja patrzę z podejrzliwością na wszelkie polityczne zakusy polityków do wtrącania się w naukę historii. Zła interpretacja historycznych faktów może zmieniać całkowicie obraz świata, a przez to poglądy, zamazywać prawdę, rozpraszać ją lub nawet gubić…

 

Absolutnie zgadzam się z tymi pragnącymi zmian w nauczaniu historii, w przerwaniu powtarzającego się cyklu nauki od starożytności do współczesności przy każdym kolejnym etapie edukacji, bo to chore. Nie liczba godzin, ale sposób ich wykorzystania, to jest istota całego problemu. Obecnie produkujemy ludzi którzy zapytani o początek stanu wojennego wskazują rok 1989… Wina szkoły, nauczycieli, programu, który sprawia że gimnazjaliści, licealiści, prawie nigdy do drugiej połowy XX w. z przerabianym materiałem nie dochodzą… i jak można się dziwić że jest tak źle?

 



mcw.bloog@wp.pl



komentarze (6) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  3 367 650