Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 885 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

O mnie

Jestem człowiekiem mającym swoje zdanie w każdej sprawie ale dającym się przekonać innym gdy tylko otrzymam dobre argumenty.
MÓJ MAIL: mcw.bloog@wp.pl

Statystyki

Odwiedziny: 3372688
Wpisy
  • liczba: 225
  • komentarze: 7384

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

monitoring pozycji

PODWÓJNE ŻYCIE MĘŻA

niedziela, 23 września 2012 1:55

 

Jest to historia autentyczna, która zapewne zdarza się w wielu domach, wcale nie tak rzadko jak moglibyśmy przypuszczać, choć pewnie nikt nie chciałby się przyznać że mogłaby dotyczyć również i jego. Nadużywamy w życiu codziennym sformułowania „koniec świata”, jakby było jednym z wielu rzucanych bez namysłu… natkniemy się w urzędzie na długa kolejkę do okienka, koniec świata! zapomnimy o czymś… koniec świata!

 

Jednak są wśród nas osoby, potrafiące doskonale zrozumieć te słowa… koniec świata… koniec dotychczasowego życia, tej misternie budowanej konstrukcji… przez lata wyrzeczeń, trudu, zatopionych emocji... w jednej chwili, jednego dnia, wszystko to może obrócić się w pył…

 

Pewna kobieta, Pani X, po dziesięciu latach szczęśliwego małżeństwa, którego efektem była dwójka cudownych dzieci, spokojne i dostatnie życie, przypadkowo w natłoku spraw rodzinnych znalazła na dysku twardym komputera męża, zdjęcia nagiego mężczyzny…

 

Zaskoczona nie bardzo wiedziała co ma o tym myśleć. Gdyby to były zdjęcia kobiety, wzbudziłyby jej podejrzenie, tudzież mogłaby sobie to wytłumaczyć prozaicznym faktem wizyty męża na jakiejś stronie pornograficznej, ale nagi mężczyzna? To dziwne. Postanowiła jednak zachować to w tajemnicy przed mężem, próbując zbagatelizować znalezisko. Początkowo się to udawało, ale mniej więcej po tygodniu nie mogąc poradzić sobie z rodzącymi się jej w głowie pytaniami, pod nieobecność partnera postanowiła przeszukać wszystkie jego rzeczy.

 

Zdjęcia nadal były na dysku, ale historia przeglądarki wyczyszczona, maile absolutnie normalne, w całym domu nic, co mogłoby pogłębić jej zaniepokojenie. Postanowiła spotkać się z przyjaciółką, musiała komuś opowiedzieć o swoim znalezisku, które nie dawało jej spokoju. Przyjaciółka twardo stąpająca po ziemi kobieta po wysłuchaniu zaskakującej historii szczerze się roześmiała, uspakajając Panią X, że to pewnie takie męskie żarty, może koledzy mu podesłali, zapomniał wyrzucić, przecież wiadomo jacy są mężczyźni, lubują się w żartach o takim podłożu, koleżeńskie wybryki. Powiedziała… Zignoruj, wiesz że twój mąż to fajny facet, jesteście szczęśliwi, gdybyś zauważyła w nim coś dziwnego ale jak sama twierdzisz, wszystko jest normalnie, po staremu.

 

Pani X uwierzyła przyjaciółce. Następne dni minęły bez zbędnych zmartwień, do feralnego dnia, w którym mając na celu załatwienie paru spraw na mieście, Pani X zwolniła się wcześniej z pracy. Musząc przemieścić się z punktu A do punktu B, wybrała skrót, ta decyzja zaważyła na jej życiu… Stojąc na światłach dostrzegła nieopodal zaparkowany przed restauracją samochód jej męża. Zdziwiła się, jej mąż miał w tym czasie pracować, nie mogła się jednak mylić, to jego auto, charakterystyczna mała naklejka na tylnej szybie…

 

Odruchowo ruszyła i zaparkowała blisko samochód. Nie minęło nawet kilka minut, a z restauracji wyszedł jej mąż w towarzystwie nikogo innego jak mężczyzny ze zdjęć… nie dostrzegł jej, a ona stała w tamtym miejscu bardzo długo. Zrozumiała, że nagie fotki to nie był żart kumpli, przyjaciółka myliła się, a jej najczarniejsze myśli potwierdziły się… mąż zdradzał ją z mężczyzną… Tysiące pytań jakie miała skupiły się w jeden strumień… JAK TO MOŻLIWE? JAK TO MOŻLIWE? JAK TO MOŻLIWE?

 

Pani X wiedziała tylko jedno, nastąpił koniec jej świata… nie wiedziała natomiast co ma teraz zrobić. Najprościej byłoby skonfrontować swoje odkrycie z mężem, ale zdawała sobie także sprawę że to oznaczałoby jedno - koniec. Zapewne wielu osobom w świetle takiego zdarzenia, podjęcie decyzji przyszłoby łatwo, jednak Pani X kochała swojego męża zbyt mocno, by przekreślić ich wspólnie spędzone lata jedną grubą kreską.

 

Dotychczasowe życie było dla niej i męża łaskawe, byli naprawdę szczęśliwi, nie miała pojęcia o tym że człowiek którego znała tyle lat nosi w sobie taką tajemnicę. Nie była pewna czy gustuje w obydwu płciach, czy też może całe życie walczył ze swoją prawdziwą orientacją i bał się wyjść z tym na zewnątrz… A jeśli tak… co budziło w Pani X jeszcze większe zdenerwowanie, jeśli jest homoseksualistą, to czy całe jej dotychczasowe życie było kłamstwem? dlaczego on jej to zrobił? dlaczego pozwolił wierzyć w miłość… a może jednak kochał… tylko…   

 

Nie sposób prześledzić całego toku myślenia Pani X. Jak trudne chwile musiała przejść, tego nikt nie jest w stanie pojąć.

 

Co stało się tego wieczora? NIC… Pani X nie powiedziała o swoim odkryciu mężowi, postanowiła z tym zaczekać, zbyt dużo było dla niej na szali, by podejmować pochopne decyzje. Kochała męża mimo tej krzywdy jaką jej zadał, wiedziała że on kocha ją w pewien sposób, którego nie potrafiła określić, jest dobrym ojcem, bratnią duszą… pogodziła się więc z faktem jego tajemnicy.

 

Dopiero dwa lata później, mąż Pani X wyznał jej prawdę… Postanowili pozostać razem.

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (29) | dodaj komentarz

ILE RAZY MOŻNA WYBACZAĆ?

czwartek, 20 września 2012 16:31

 

Nikt nie jest idealny. Wszyscy popełniamy błędy, ale także wszyscy zasługujemy na drugą szansę.

 

W takim momencie warto powiedzieć dokładnie, w czym leży problem, podpowiedzieć jak należy go naprawić, czasem znaleźć kompromis lub postarać się o inne spojrzenie na sprawę. Zawsze warto rozmawiać, cisza w związku do niczego nie prowadzi, a pojęcie „cichych dni” jest dla mnie synonimem ucieczki od rozwiązywania problemu i symbolem niedojrzałości obojga partnerów.

 

„Rozmowa nie ma sensu, on/ona nie zrozumie!”

„Dawniej próbowaliśmy, dziś już wolimy się mijać”

„Nie wiem jak to powiedzieć, może to się samo zmieni”

„Zawiodłem się, ponowna konfrontacja jest zbędna”

„Po co wyjmować swoje brudy, bywają dni, gdy się dogadujemy”

„Chcę mieć spokój!”

„Powinien się domyślić sam”

 

Diabeł tkwi w szczegółach. Niestety nie wszyscy doceniają otrzymaną szansę na poprawę, zwyczajna ludzka rzecz się mylić, ale gdy nie wyciągamy wniosków z własnych błędów, trwamy na z góry upatrzonych pozycjach, to sami sobie jesteśmy winni, że coś się rozleci. Zmiany są dobre! Praca nad związkiem świadczy o dojrzałości, dobrych intencjach, stagnacja natomiast zabija, każdy ma ograniczoną cierpliwość.

 

Zdarzają się pary, które przez lata nie rozwiązują swoich problemów. Tkwią w chorej sytuacji, unieszczęśliwiają się i co im to daje? spokój? nie! więc dlaczego uciekają od rozmowy i zmiany? Dlatego, że jesteśmy jako ludzie leniwi! Zaskakująca jest liczba związków gdzie partnerom po prostu nie chce się nic! Strach rządzi ich życiem, dla mnie boją się życia! 

 

- Ja już nie daję rady tak żyć…

- A rozmawiałeś o tym z nią?

- Nie, to już trwa tyle lat, wiedziałem, że to się tak musi skończyć.

- Porozmawiaj, wytłumacz…

- Jak tylko próbuje zaczyna się taka wojna, że już dawno przestałem…

- I co teraz? odpuścisz? tak po prostu?

- Tak, nie mam już sił… nie ma wyjścia…

 

Ile razy można błędy wybaczać? raz na pewno! dwa razy, zdarza się, trzy razy to już balansowanie na krawędzi, ale bywa, że warto, cztery to już ocieranie się o ścianę, piąta szansa powinna zamknąć drogę do wybaczania…

 

Jedni powiedzą, sporo tych szans, ale powiedzmy sobie szczerze, niektórzy wolno się uczą, jedna szansa to czasem za mało… Drudzy uznają, że trzeba próbować do skutku, niestety problemy nierozwiązywane zjadają nas od środka i niszczą wewnętrznie. Nie warto pozwolić sobie na takie spustoszenie, gdzieś musi być granica! Ludzi, którzy nie dają prawa do pomyłki nawet jednej, no cóż od razu skreśliłbym, bo zapominają o tym, że człowiek naprawdę z ideałem mija się zawsze, bliżej, dalej, ale… szansa musi być.

 

- Proszę cię, naprawdę zmienię się, teraz już wszystko rozumiem, wybacz…

- Dostałeś nie jedną szansę, i co zrobiłeś? NIC!

- Starałem się, ale wiesz jaki jestem, to nie jest łatwe, ale bardzo chcę spróbować jeszcze raz.

- Po co? żebyś mnie ponownie zawiódł?

- Tym razem będzie inaczej, obiecuję, proszę kochanie, tak wiele nas łączy…

- Nie wiem czy powinnam, mam dość przepłakanych nocy…

- Zależy mi na tobie…

- Słuchaj, to ostatni raz, tym razem, jeśli znów mnie zawiedziesz nie będzie powrotu! rozumiesz?

- Rozumiem, nie zawiodę!

 

Jeśli jest to trzeci, czwarty, a może piąty raz… zawiedzie, oj zawiedzie… ale granie na emocjach prawie zawsze daje dobre rezultaty, ja to nazywam manipulacją bądź szantażem emocjonalnym. Przesadna wiara w zmianę kogoś, kto się nie zmienia, życzeniowe myślenie, to w pewnym momencie podpisywanie własnym piórem na siebie wyroku, prowadzi tylko do katastrofy!

 

Wybaczanie błędów nie polega na zapominaniu o nich, ale na naprawie i sprawieniu by się nigdy nie powtarzały. Wbrew obiegowym opiniom o błędach należy pamiętać, a szanse na wybaczenie ostrożnie rozdawać i zawsze mieć swoją granicę, przy której mówimy DOŚĆ!

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (33) | dodaj komentarz

CHCĘ ZOSTAWIĆ PO SOBIE…

sobota, 15 września 2012 23:30

Parę lat temu przypadkowo spotkałem się z dramatyczną historią dwójki przyjaciół. On - młody, inteligentny, pełen pasji i chęci do życia, śmiertelnie chory… Ona - jego przyjaciółka od czasów dzieciństwa, ambitna, zaradna… Łączyła ich prawdziwa przyjaźń na dobre i na złe, od piaskownicy nigdy nic nie stanęło im na drodze, choć oboje posiadali charaktery silne i skomplikowane. Przeżywali wzloty i upadki, jednak więź między nimi była absolutnie nierozerwalna. Do czasu…

 

On bardzo poważnie zachorował. Lekarze dawali mu pół roku, może rok życia, brutalnie przerywając tlącą się w nim iskrę szczęścia. Ona, nie zostawiła swojego przyjaciela, pomagała jego rodzicom, była przy nim, przyjaźń to przyjaźń… Jednak pewnego wieczoru, gdy miała już wracać do domu, on zatrzymał ją, prosząc by go wysłuchała.

 

Ciężko przyszło mu powiedzieć to, co zaprzątało jego głowę od czasu śmiertelnej diagnozy. Zbierał w sobie odwagę przez dłuższy czas i wiedział, że może stracić najważniejszą osobę w jego życiu, jednak zaryzykował.

 

Opowiedział jej o tym jak ważna była dla niego ich wspólna droga, ta prawdziwa przyjaźń, która podobnie jak prawdziwa miłość, w naturze zdarza się niesamowicie rzadko. Miał do swojej przyjaciółki tylko jedną prośbę, jedno pytanie, uprzedzając, że zrozumie gdy odpowie nie… Ona nie wiedziała, o co może chodzić, ale wiedziała że zrobi dla niego wszystko… Prośba przerosła jednak jej wyobrażenia.

 

Zapytał, czy zgodziłaby się urodzić jego dziecko… Wiedział, że jemu już nie będzie dane zrealizować marzeń jakie nosił w sobie, wiedział że za szybko przychodzi mu odejść z tego świata, dlatego pragnął jednego, zostawić po sobie ślad swojego istnienia, dziecko…

 

Ona nie wiedziała jak ma odpowiedzieć na tę prośbę. Zdawała sobie sprawę, jak ważne jest to dla niego. Zbyt dobrze go znała, zbyt dobrze znała też siebie, potrafiłaby mu dać wszystko, spełnić każdą prośbę, ale dać dziecko, które z góry pozbawione będzie ojca…? Dziecko poczęte jako ostatnia wola z przyjacielskiej miłości, czy to nie za dużo? czy tak można? I co z jej życiem, czy umierający przyjaciel nie prosił o zbyt wiele?

 

Odpowiedzi nie udzieliła tego wieczoru, potrzebowała kilka dni na zastanowienie. Odwiedzili ją jego rodzice i przyznali że syn wszystko im opowiedział, może popełnił błąd? a może był szczery co do sytuacji w jakiej postawił swoją przyjaciółkę, zdając sobie sprawę, że to bardzo trudna prośba. Rodzice jej przyjaciela nie kryli że także im zależy na dziecku, wnuku, przedłużeniu pamięci o synu. Zaoferowali wszelką pomoc, nie tylko osobistą ale i materialną, świadomi że dziecko to także poważne zobowiązanie, odpowiedzialność.

 

Ona wiedziała że jego dziecko kochałaby całą sobą, nie bała się też samotnego macierzyństwa. Nie należała do tych kobiet, które uznałyby że ich droga do odnalezienia miłości życia jest zamknięta wraz z pojawienie się dziecka, ale ta prośba… tak dziwna, tak niewyobrażalnie bolesna, przerastała ją, bała się…

 

Nie zgodziła się… Pozostali przyjaciółmi do samego końca…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (37) | dodaj komentarz

ZWIĄZEK = BYĆ ZAWSZE I WSZĘDZIE RAZEM?

piątek, 07 września 2012 10:12

 

 

Czytając komentarze pod ostatnim tekstem (tutaj) zaskoczył mnie fakt, że dla bardzo dużej części komentujących bycie w związku jest równoznaczne z zobowiązaniem do bycia razem zawsze i wszędzie w każdej wolnej chwili.

 

Pojawiły się głosy, że jeśli nie chce się spędzać tego czasu ze sobą to po co w ogóle się wiązać? Zupełnie tak jakby osoby w ten sposób piszące nie rozumiały, że umiejętność spędzania czasu osobno nie oznacza braku zdecydowanie przeważającej chęci bycia razem. Parę osób twierdziło, że spędzając z kimś czas potwierdzają i rozwijają to, co między nimi istnieje, budując to uczucie. Dla mnie to oczywiste, tylko czemu w świadomości tych samych ludzi, tak potwornym zagrożeniem dla rozwoju relacji ma być możliwość indywidualnego wykorzystywania wolnych chwil? Przecież nie jest to równoznaczne z ciągłą rozłąką, mijaniem się w życiu, wzajemną niechęcią.

 

Mój sprzeciw także budzi teza, która również pojawiła się w komentarzach, jakoby ludzie wiążący się w pary musieli być do siebie absolutnie podobni, mieć podobne zainteresowania i pasje. Dla mnie to byłby tylko plus, ale nie konieczność warunkująca trwałość relacji i jej szanse na powodzenie!

 

Wydaje mi się, że właśnie ten błąd popełnia całkiem spora część społeczeństwa... Żyją w błędnym wyobrażeniu czym jest miłość, bycie ze sobą… tworzą pewien wzorzec tego co należy i tego co nie, bo może prowadzić do jakiś złych efektów. Przykład, choćby właśnie te osobne wolne chwile, jeśli nie zawsze razem to oddalają się od siebie, kompletna bzdura! Większość narzuca sobie bariery, zakazy, i w pewnym momencie orientują się, że związek to więzienie a nie wspólne, szczęśliwe życie.

 

Nie twierdzę, iż bycie w partnerskiej relacji musi być pozbawione pewnych zasad i barier, problem tylko czego one dotyczą i jak jest ich dużo. Poza przykładowo dobrą i oczywistą zasadą „nie zdradzaj”, znajdzie się też taka „nie spotykaj się ze swoją znajomą na kawie bo to może świadczyć że flirtujesz i czegoś szukasz na boku”. Ewidentnie przesadzone założenie, podparte brakiem zaufania, niepewnością, brakiem wiary w uczucie partnera i nacechowana strachem o przyszłość. Jednym słowem ograniczenie wynikające ze słabości, budowane na złych emocjach. Takich reguł mamy w naszych związkach za dużo i to przez nie, wielokrotnie czujemy jakby ktoś nas trzymał w klatce. A o czym marzy i do czego dąży każdy więzień? dokładnie, do ucieczki, do wolności…

 

Właśnie to poczucie zniewolenia prowadzi do chęci wyrywania się z więzów… „skoków w bok”, porzucania partnera. Łatwo utkwić w pajęczynie problemów piętrzących się z dnia na dzień a tak skrzętnie skrywanych… przed kim? przed otoczeniem a nawet samym sobą! Złe zasady w jakie wierzymy i poczucie że należy według nich żyć, prowadzą do stłamszenia w sobie właściwych zachowań. Bomba z opóźnionym zapłonem, tyka...

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (8) | dodaj komentarz

OSOBNE WAKACJE W ZWIĄZKU – MOŻLIWE?

poniedziałek, 27 sierpnia 2012 10:50

 

 

Wyjazdy wakacyjne zazwyczaj organizujemy rodzinnie lub wraz z grupą najbliższych przyjaciół, z całkowicie zrozumiałych przyczyn. Urlop z bliskimi fajna sprawa, ale co jeśli dwie osoby będące w związku, a jeszcze lepiej będące małżeństwem, mają kompletnie różne wizje wypoczynku, których w żaden sposób nie da się pogodzić. Wolny czas i środki finansowe ograniczone, a rezygnować i iść na kompromisy rok za rokiem już nie chcemy…

 

Wiele osób nie wyobraża sobie osobnego wyjazdu, wychodząc z prostego założenia, jestem z kimś, to z tym kimś jadę, koniec kropka, a jeśli nie mogę mieć tego co lubię muszę zagryźć zęby i przełknąć to, prawdopodobnie druga strona robi podobnie. A mnie się to nie podoba! Dlaczego bycie w związku koniecznie musi nas zmuszać do ciągłych kompromisów, czasem warto te kompromisy odstawić na bok…

 

Po co sobie życie utrudniać. Kilka dni rozłąki nikomu nie zaszkodziło, a czasem wręcz przeciwnie, może przypomnieć za kim warto tęsknić, a wchodząc w jakąś relację przecież nie wyrzekamy się prawa do spędzania czasu tak jak lubimy. Jedno może lubić wędkowanie a drugie wspinaczkę górską, jednocześnie realizować raczej ciężko, raz wybrać to a raz tamto niby jest to sposób, ale czemu sobie zawsze odpuszczać. Chcieć swobody i dawać komuś swobodę, w dojrzałej relacji nie stanowi to problemu! Partnerzy sobie ufają, rozumieją siebie i swoje potrzeby. Tylko tam gdzie jest brak pewności, budzi się chęć pełnej kontroli nad życiem partnera, partnerki.

 

Śmieszny może być odbiór takich osobnych wyjazdów wakacyjnych, raczej większość będzie się w nich doszukiwała drugiego dna… a może im się nie układa? może ich już nic nie łączy? może… no tych „może” będzie wiele! Ludziom bardzo trudno jest zaakceptować międzyludzkie zaufanie i szacunek dla odmienności, upraszczając miłość i związki jako wybory, które muszą wpływać na każdy element naszego życia, naszych charakterów, odbierając tym samym prawo do indywidualnego spędzania czasu.

 

Jest też taka prawda… odejdź jak najszybciej możesz od każdego kto tłumacząc miłością, chce cię zmusić do porzucenia twojej pasji, przemeblować twoją osobowość… Nie warto być z kimś kto nie rozumie ciebie, a pasja, jak i wiele innych elementów jest ważną częścią składową człowieka... Ja nie mówię, że niekiedy nie należy coś lekko ograniczyć, dostosować, ale wyzbyć się… nigdy!

 

Pod wpływem partnerów zmieniamy się, pod wpływem doświadczeń życiowych także przechodzimy metamorfozę, ale rzeczy, które kochamy w sobie musimy zachowywać. Wiele osób przekonało się że porzucenie swoich pasji sprawia, że po jakimś czasie pustka jaką pozostawia wycięty fragment własnej osobowości, staje się miejscem ciągłych zapaleń, promieniujących na wszelkie inne sfery życia. Nikt po kilku latach wspólnego życia nie chciałby się obudzić z przekonaniem, że coś go w życiu ominęło, że zrezygnował z integralnej części siebie i żałuje niewykorzystanych szans. Miłość i związek ma wpływać pozytywnie na nasz rozwój, na nas i cale życie, jeśli tego nie robi, to jest tu coś nie tak!

 

Osobne wakacje, pasje, zainteresowania i sposoby na spędzanie wolnego czasu nie powinny dziwić, wszak umiejętność odpoczywania osobno nie oznacza braku umiejętności i chęci wspólnego spędzania czasu…  

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (26) | dodaj komentarz

ROZSTANIA BYWAJĄ DOBRE

środa, 11 lipca 2012 16:39

Nie lubię unieszczęśliwiania się na siłę i złoszczą mnie ludzie narzekający na swoje związki latami, ale kompletnie nie próbujący czegokolwiek zmienić. W sumie ta notka łączy się z moim podejściem do szczęścia i bezradności życiowej.  Uważam, że wszystko na co mamy wpływ, zależy od nas, a szczęście osiągamy wtedy, gdy żyjemy tak jak chcemy, a nie tak jak musimy. Związki między kochającymi się osobami muszą opierać się na tych podstawach, można to nazwać uzupełnianiem i podobieństwem. Ważne jest jednak to, że gdy dwie osoby pojmujące w ten sam sposób świat, spotkają się i połączą swoje drogi w jedną wspólną, to ich życie staje się łatwiejsze i przyjemniejsze, a ewentualne rozstanie, przyjacielskie, pozbawione wyrzutów, złości, kłótni… czyste…

 

Wiele osób reaguje na słowo „rozstanie” jak diabeł na święconą wodę. Traktują rozpad związku jako osobistą porażkę, jak coś złego, niszczącego, odzierającego z godności i szczęścia. Niestety, jeśli obserwuje się większość związków wcale nie dziwię się takiej postawie. Ludzie, którzy żyli ze sobą i ponoć się kochali, potrafią jeden przez drugiego mieszać się z błotem. Nie zwracając uwagi, że jeśli ktoś w chwili rozstania jest dla nich „nikim” to tak naprawdę mówią o sobie, bo to oznacza, że godzili się na życie z kimś, kogo nie szanują. W momencie, gdy więzy zostają zerwane zbierają się na odwagę by to powiedzieć lub co gorsza… mówią tak tylko żeby wyrzucić swoją złość, nie mając prawdziwej i tak złej opinii o tej osobie. Mówią, co im ślina na język przyniesie, aby ranić, odegrać się, sprawić by ta osoba odeszła, powód nieistotny. Warto zwrócić uwagę, że wizja rozstania kończącego związek ma u nas bardzo negatywny wizerunek, głównie dzięki temu obrazowi beznadziejnych rozstań jakie funkcjonują w naszej świadomości, gdzie ostatni akcent położony jest na zdeptanie drugiej strony…

 

Osobiście staram się uciekać od takiej wizji rozpadu związku i rozstania… zbyt mocno szanuję siebie i osoby, z którymi w życiu przyszło mi się rozstać. Nie wyobrażam sobie żebym mógł celowo i świadomie krzywdzić kogoś, z kim jakiś czas życia spędziłem, tak samo jak nie wyobrażam sobie uznania kogoś za mało ważnego dla mnie, tylko dlatego że się rozstaliśmy. I to jest ważne, by spotykać ludzi w ten sam sposób myślących w tej kwestii.

 

Celowo pomijam przyczyny rozpadu związków, one mają pewien wpływ na charakter tego ostatniego etapu. Ale jeśli się tak głębiej zastanowić, czy rzeczywiście powinny zmieniać nasze zachowanie w takiej sytuacji? Wiem natomiast, że rozstania bywają dobre, uwalniają od unieszczęśliwiana się na siłę, od toksycznych i destrukcyjnych relacji, pozwalają pójść przez życie dalej, a nie stanąć w miejscu, z którego nie widzimy nadziei na lepsze jutro… Uważam, że wszyscy zasługują na to, by być szczęśliwym w związku, a nikt nie jest nieomylny, nie wszyscy do siebie pasują i nie wszyscy potrafią ze sobą na dłuższą metę dobrze żyć. Nie świadczy to absolutnie o nich źle, po prostu źle się dobrali. Rozstanie jest w takich przypadkach jedynym najlepszym lekarstwem, pozwalającym obu stronom, na odnalezienie tej osoby, która stanie się dla nich całym światem, a życie przy niej sielanką.

 

Poszukiwanie szczęścia to podstawowe prawo każdego człowieka.

 

Pewnie, można w tym sposobie myślenia znaleźć słaby punkt, bo jak tu mieć dobre rozstanie, iść szukać szczęścia, gdy decyzja o rozstaniu nie jest obustronna, a jedna ze stron nie wyobraża sobie życia bez drugiej. Na to mam jedną odpowiedź, pewne rzeczy bolą, ale jest to kwestią osobistego szacunku do samego siebie i swoich uczuć, by nie otrzymywać ich od kogoś w łasce! W życiu nie chciałbym, aby ze mną był ktoś, bo mu żal mnie i moich uczuć, z łaski… Nie mógłbym na siebie spojrzeć w lustrze, bo jedną rzeczą jest pragnienie bycia z kimś, ale drugą bycie dla tego kogoś nikim. Prawda jest taka, że rozstanie daje szansę obu stronom, i tej, która tego rozstania chciała i tej, dla której było ono bolesnym momentem. Czas goi rany, życie podsuwa wiele nowych możliwości, trzeba je umieć dostrzegać i chwytać. Nigdzie nie jest powiedziane, że koniec jednej relacji jest absolutnym końcem miłości w naszym życiu, niekiedy właściwa osoba czai się tuż za rogiem!

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (15) | dodaj komentarz

PRAWDZIWA MIŁOŚĆ TO PRAWDZIWA GŁUPOTA?

piątek, 25 maja 2012 11:15

 

 

W przypływie dziwnego nastroju, który mógłbym określić, jako wyjątkowe połączenie melancholii z duchowym uniesieniem i nutką sentymentalizmu, myślami począłem błądzić po kartach mojej pamięci i w ten sposób wracać do wszystkich znanych mi przypadków wielkiej miłości o jakie w trakcie życia udało mi się otrzeć. Taka podróż bywa trudna, ponieważ zmusza także do głębszego sięgnięcia we własne miłosne przypadki, a co nie jest bez znaczenia. Wraz ze wspomnieniami powróciły twarze ludzi połączonych tym jakże wyjątkowym uczuciem. I niczym naczynia połączone, to wywołało falę przeróżnych emocji związanych z osobami, które odeszły... czasem z grona przyjaciół, a czasem z grona żywych. Niemniej raz wkroczywszy do tak pojemnej rzeki rozmyślań, błędem jest wyskakiwanie na brzeg w pierwszym momencie, gdy nurt nabiera siły, a wiatr uderza prosto w twarz. 

 

Miłość jest niczym innym jak tylko zbiorem uczuć do kogoś, które im bardziej są intensywne, tym bardziej przypominają chorobę psychiczną, i to taką chorobę, na którą każdy pragnie zachorować. Poszukując właściwego określenia dla stanu zakochania ciągle nasuwa mi się jedno… niegasnąca głupota… Osoby chore na prawdziwą miłość mogą to potwierdzić, w pozytywny sposób głupieją. Objawy? Nie, to nie motylki w brzuchu, one występują tylko na samym początku, zaraz po zarażeniu. Prawdziwym długotrwałym symptomem jest wspomniana wcześniej niegasnąca głupota, przejawiającą się w zaangażowaniu uczuciowym na rzecz kochanej osoby, wbrew wszelkim logicznym przesłankom, a co najważniejsze także osobistym interesom.

 

Kochając nie myślimy? W miłości nie ma czasu na myślenie! Nie ma nawet miejsca na tą jakże w życiu potrzebną czynność. Najzwyczajniej na świecie, jeśli w gąszczu uczuciowych uniesień jest miejsce na analizę, rozmyślania, walkę interesów, to gdzieś po drodze zatraca się tą wolność emocji i uczuć, przynależną miłości. Jako racjonalista, doskonale zdaję sobie sprawę z takiego określenia impulsów serca, odbierających rozsądek. Chyba właśnie na tej bazie powstaje najtrudniejszy konflikt, z jakim mierzy się człowiek, miłość naturalna bez zahamowań czy miłość stonowana, rozsądna i wykalkulowana (czy to jeszcze w ogóle miłość?).

 

Prawdopodobnie wyolbrzymiam ten podział, ale ze wszech miar wydaje mi się on właściwy, nawet jeśli niezbyt wygodny dla mojej świadomości. Zwykła miłość to oczywiście uczucie, więzi między zakochanymi, ale także dbanie o swój interes, o swoje dwa słowa w związku, ustalanie zasad, docieranie się… Jest miejsce na myślenie, brak miejsca na impuls, niegasnącą głupotę…

 

Tylko prawdziwa miłość może zmusić człowieka do kompletnie nielogicznego działania, wbrew jego żywotnym interesom. Efekt jest taki, że gdy mówimy o prawdziwej miłości, wspominamy o ogromnych poświęceniach, szaleństwie, eksplozji emocji. Jeśli ktoś prawdziwie kocha, nie myśli w tym o sobie, myśli o ukochanej osobie, nawet niekiedy, jeśli interes wybranki serca polega na tym by zakochana strona usunęła się w cień. Uczcie prawdziwe zazwyczaj prowadzi do podjęcia także destruktywnych dla samego siebie kroków, przykładowo do rezygnacji z jedynej kochanej osoby, w imię miłości, której nadrzędnym celem jest nie tyle spełnienie, co uszczęśliwienie obiektu westchnień.

 

Popularne powiedzenie, że miłość jest ślepa w moim odczuciu często jest błędnie interpretowane a różnica, choć wydaje się niewielka jest znacząca, ponieważ to nie miłość ślepo spada na kogoś, nie jest przypadkiem, miłość, gdy się już pojawi w sercu w magiczny sposób sprawia, że ludzie zachowują się jak ślepcy, głupiejąc na punkcie ukochanej osoby. W końcu bezgraniczne uczucie możne wytłumaczyć wszelkie głupoty popełniane przez człowieka. Jest ostatecznym i najbardziej uniwersalnym, a przy tym szczerym wytłumaczeniem naszych działań.

 

Z drugiej strony, aby nie iść tokiem myślenia w bardziej negatywne strony, warto wspomnieć, iż silne i szczere uczucie może być genialnym motywatorem do zmian, do walki o coś, o kogoś, albo nawet ze samym sobą i własnym wadami.

 

We wszystkim co istotne w życiu, coś może pełnić rolę wady albo zalety. Od nas i naszego podejścia przede wszystkim to zależy. Mimo faktu, iż w przypadku prawdziwej miłości, jej największą wadą i zaletą jest tak niebezpieczna cecha, jaką stanowi brak jakichkolwiek hamulców, właśnie do tego uczucia ciągle dążymy… Z tego właśnie powodu, braku ograniczeń, zastanawiam się czy aby na pewno dobrym życzeniem jest oczekiwanie na tą najprawdziwszą, najsilniejszą miłość? Przecież nigdy nie wiadomo jak w obliczu takiej siły zachowamy się...

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (14) | dodaj komentarz

PRZETERMINOWANY ZWIĄZEK

wtorek, 03 kwietnia 2012 10:22

 

Związek przeterminowany, to taki związek, który w moich oczach rozmija się z wizjami, jakie podczas dorastania snuliśmy sobie w głowie. Bez zaskoczenia, życie rozczarowuje dużo częściej niż miło zaskakuje, choć to może akurat sposób postrzegania… Niemniej słowo przeterminowane oznacza, iż data przydatności do użycia, skonsumowania, wykorzystania, minęła, a co za tym idzie, skorzystanie z przeterminowanego produktu grozi niestrawnością, kłopotami, brakiem oczekiwanych skutków… I tak też jest ze związkiem przeterminowanym, to związek, w którym data ważności została przekroczona. Zaznaczam, że nie chodzi mi tu o uznanie, iż każdy związek ma swój początek wraz z pewnym końcem, a gdy trwa dłużej jest uznany za gnijący, przeterminowany i należy go zmienić na nowy. Chodzi mi raczej o fakt, iż jeśli jesteście zgodni, co do wspólnej przyszłości, narzeczeństwo nie może trwać przez bardzo długi okres, ponieważ takie zawieszenie, bez podejmowania kluczowych decyzji, co dalej… oznacza wątpliwości! Choć można brak zdecydowania tłumaczyć na setki racjonalnych sposobów, dla mnie jednak mówi to wszystko, pokazuje jak na dłoni brak pewności, co do drugiej osoby. Pomijam relacje z góry zakładające brak chęci sformalizowania związku w przyszłości, to co innego.

 

Przykład z życia wzięty... ona i on, poznali się jeszcze za czasów liceum, to była ich pierwsza miłość, trwała w najlepsze mimo wszelkich zakrętów, na jakie natrafiała, na studiach zamieszkali razem, poważny krok, zdobywali wykształcenie, cieszyli się życiem, mocniejsze zobowiązania nie były im wtedy potrzebne… ten okres w życiu jednak dość szybko minął. Zaczęli robić kariery zawodowe, no i jedna ze stron, zaczęła domagać się następnego kroku, kilka lat wspólnego związku, mieszkania, chyba uprawniało do kroczenia naturalną ścieżką…

 

Mimo wahań rozpoczęły się przygotowania do ślubu, myśli o dzieciach, budowie domu, kto mógłby się spodziewać jakiś kłopotów? z wszelkimi problemami razem się już zmierzyli… A jednak! nagle, po kilku latach bycia razem, kłótnia za kłótnią, do tego stopnia, że ślub nigdy się nie odbył, a oboje rozeszli się, każde w przeciwną stronę…

 

I jaki mógłby być z tego wniosek? że ich uczucie jednak nie było tak silne? że bali się zobowiązań i było między nimi dobrze dopóki było luźno i swobodnie? Pewnie takich wniosków wyciągnąć można sporo, ale następne zdarzenia w ich życiu zmieniają lekko postać rzeczy. Jakiś rok później, może półtora, nie więcej, oboje byli już w osobnych związkach małżeńskich… On znalazł kobietę, w której się zakochał, oświadczył, zdecydowali się na dziecko. Ona znalazła mężczyznę, który stał się dla niej prawie idealny, szybko zgodziła się na ślub, potem dziecko…

 

Obie pary żyją do dziś szczęśliwie… więc jakie wnioski można wyciągnąć z faktu ich rozstania? tego że wspólnie nigdy nie zdecydowali się przejść na wyższy poziom związku, mimo tego że przeżyli ze sobą szczęśliwie wiele lat, a z kimś innym prawie że błyskawicznie potrafili ułożyć sobie życie na nowo… ??? Czyżby nie byli sobie nigdy pisani? nie dostrzegli, że mimo pozorów nie są dla siebie? czy potrzebna była im ta jedna próba, ten jeden moment kiedy musieli stanąć i ślubować by się przekonać… czy ten moment zaważył? Osobiście uważam, że jeśli nie byli na niego gotowi wcześniej, to też nigdy by nie byli…  

 

Przeterminowany związek… data ważności do spożycia minęła, i gdy po kilku latach zdecydowali się… dostali niestrawności, a wiemy jak się to kończy…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (29) | dodaj komentarz

ZAZDROŚĆ O PRZESZŁOŚĆ

wtorek, 27 marca 2012 10:28

 

 

Czy jesteś zazdrosny/zazdrosna o przeszłość swojego partnera/partnerki? Jest to jedno z tych pytań na które większość odpowie – absolutnie nie! – choć tak naprawdę w głębi skryje swoją zazdrość, bojąc się do niej przyznać.

 

Uważam, że nie ma nic złego w zazdrości o przeszłość naszej ukochanej osoby, pod warunkiem, że nasza zazdrość jest zdrowa… A zdrowa zazdrość w tym wypadku to taka, która sprawia że żałujemy, iż nasza druga połówka miała jakieś związki przed obecnym i uwierzyć nie możemy, że był czas gdy kogoś oprócz nas darzyła uczuciem. Taka zazdrość ma mobilizować, powiedzieć wprost, dbaj o swoje szczęście, bo kiedyś nie należało do ciebie, a dziś świata bez tej osoby nie widzisz i aby tak pozostało musisz włożyć w swoją relacje całe serce i siłę czyniąc ją z dnia na dzień lepszą.

 

Problem zaczyna się gdy zazdrość o przeszłość jest tym typem zazdrości, który popycha ludzi do wyznawania swojego żalu w sposób dość agresywny, w kłótniach i trudnych chwilach, gdy mała iskra rozpala ogień złości. Częstym wtedy staje się zarzucanie przykładowo partnerowi, że kiedyś był z kimś i pewnie był szczęśliwszy skoro dziś mu coś nie pasuje w obecnym związku, albo insynuowanie, że może tamtą osobę kochał bardziej, tęskni do niej itp. Dosłownie, galeria braku pewności siebie, zaufania do drugiej strony, podkopywania własnych uczuć, bardzo destruktywne!

 

Typowe pytania obrazujące złą zazdrość o przeszłość skupiają się na liczbie poprzednich związków, rodzaju ich relacji, a nawet wnikają w intymne kwestie… Jeśli ktoś ma pecha, to trafi na osobę, która z jego przeszłością nie może się pogodzić, a zazdrość nie jeden związek rozłożyła na łopatki. Uważam, że o swojej przeszłości należy mówić otwarcie, nie popieram zatajania… choć jest to sposób na osoby zbyt wrażliwe na takie kwestie, ale czy mamy prawo odmówić tej wiedzy ukochanej osobie? czy sami chcielibyśmy być tej wiedzy pozbawieni? Tajemnica leży we właściwym podejściu do takich spraw, zaufaniu i szczerości.

 

Dla osoby kochającej nas, przeszłość nie może budzić zazdrości, tej złej, bo ona zazwyczaj idzie wspólnie z brakiem zaufania i pewności co do uczuć, bo przecież ktoś kto jest pewien, że jest kochany najbardziej na świecie ma w nosie czy wcześniej ta osoba kochała kogoś innego. Mamy prawo do poszukiwania, pomyłek, zanim odnajdzie się tę jedną jedyną osobę. Nieliczne są przypadki gdy ta pierwsza miłość jest tą na całe życie, więc z zazdrością trzeba umieć żyć, okiełznać ją, nie dopuścić by zatruła nasze myśli. Jeśli jesteśmy pewni siebie i uczuć jakimi jesteśmy darzeni, nic nie ma prawa tej wiary zachwiać poza ewentualnym nadwyrężeniem przez drugą stronę… Warto pamiętać, że przeszłość to zamknięty rozdział, nie tworzy przyszłości, ludzie się zmieniają, błędy naprawiają, a chyba nikt nie chciałby być całe życie osądzany przez czyny np. z młodości.

 

Zaufanie buduje się wspólnie a osoby które tego nie potrafią, niech lepiej zrezygnują z poważnych związków, bo otwartość na kochaną osobę i umiejętność zaufania świadczy o niej, ale i o nas. Jeśli będziemy się bawić w rzeczy, które powiemy drugiej połówce a których nie, to przepadliśmy, bo taki związek zawsze będzie miał problemy, a nawarstwiające się sfery tajne i jawne zaczną powodować wzajemne oddalenie, no i zwykłą nieuczciwość w stosunku do ponoć najbliższej nam osoby.

 

O przeszłość nie wolno być zazdrosnym, lepiej dbać o teraźniejszość, budując przyszłość…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (30) | dodaj komentarz

CIĄŻA TO NIE POWÓD DO ŚLUBU

środa, 14 marca 2012 13:23

 

Mamy XXI w. a nasze społeczeństwo ciągle chyba jest w XIX w. i choć tego nie widać na zewnątrz, bo przecież lubimy się uważać za nowoczesnych, postępowych, to tak naprawdę tkwimy w hipokryzji rodem z odległej przeszłości.

 

Z całą pewnością każdy słyszał o takich przypadkach lub je zna z własnego otoczenia, gdy dwójka młodych ludzi decyduje się na ślub, bo przydarzyła im się "wpadka". Nie chcę teraz poruszać stu innych wątków, jakie z tym tematem się wiążą, ale zastanawiam się konkretnie, dlaczego w obecnych czasach wciąż panuje przekonanie, że gdy pojawi się ciąża, to jedynym słusznym zachowaniem dla dwojga ludzi jest ślub, założenie rodziny. Z czego wynika takie przeświadczenie?

 

Nieplanowane rodzicielstwo nie jest problemem, gdy dwoje młodych ludzi jest ze sobą już jakiś czas, są pewni łączących ich uczuć, gotowi do wzięcia na swoje barki odpowiedzialności. Gorzej, gdy tak naprawdę dziecko jest efektem dość krótkiej relacji, a młodych rodziców nie do końca łączy dojrzałe spojrzenie na ich związek. Niestety, w takich wypadkach mamy do czynienia z bardzo dużym zaangażowaniem się rodzin młodych ludzi, dążących by ich dzieci połączyć węzłem małżeńskim. Jaka jest tego przyczyna? poczucie, że pełna rodzina jest szczęśliwsza i bardziej normalna niż samotnie wychowujący rodzic? oczywista prawda, ale tylko wówczas, gdy dwoje ludzi się naprawdę kocha i potrafi ze sobą na dłuższą metę funkcjonować, a nie w sytuacji, gdy dziecko jest efektem wcześniej wspomnianej bardzo krótkiej relacji, może już nie dziecięcej, ale na pewno też nie dojrzałej. Tajemnicą nie jest, że niektórzy ludzie żyjąc ze sobą unieszczęśliwiają się wzajemnie i takie sztuczne zmuszanie ich do ślubu sprawia, że często powstaje rodzina, która wcale nie jest jak z obrazka...

 

Zawsze uważam, że lepiej, gdy dwójka młodych ludzi mimo posiadania dziecka, do samej małżeńskiej przysięgi zbytnio się nie spieszy, albo nie uznaje jej za konieczność. Wolę dwójkę rodziców, mimo że żyjących osobno, to zaangażowanych w życie dziecka, a przede wszystkim kochających swoją latorośl, niż tych na siłę złączonych w rodzinę gdzie wszystko się sypie, bo miłości nie ma, a oboje rodziców kompletnie do siebie nie pasuje…

 

Niestety ludzie się boją opinii innych… nieślubne dziecko córki, syna, tragedia, świadczy niby o złym wychowaniu przez rodziców, rzuca cień na porządną rodzinę, powód do wstydu, obawa przed kpiną i wytykaniem palcem… Zapomina się w tym wszystkim o jednym, że dziecko wychowujące się w rodzinie gdzie miłości nie ma, wcale nie będzie bardziej szczęśliwe niż z samotnym rodzicem. Życie to nie bajka, idealny model rodziny nie jest zawsze dla wszystkich osiągalny, ale warto w trudnej sytuacji ułożyć tak swoje życie by być szczęśliwym w jak najbardziej możliwym stopniu, bez obawy, co ludzie powiedzą. Świadome bycie osobno i wspólne wychowanie dziecka jest lepsze od bycia ze sobą, bo tak wypada i tolerowanie siebie niby pod płaszczykiem odpowiedzialności.

 

 

mcw.bloog@wp.pl

 



komentarze (30) | dodaj komentarz

POZWOLIĆ WRÓCIĆ?

wtorek, 06 marca 2012 16:06

 

 

Jest czas, gdy słoneczko świeci dla nas nawet w pochmurny dzień, w brzuszku fruwają motylki, nasze serce bije trzy razy szybciej i kardiologicznej pomocy nie szukamy wtedy, oj nie! wręcz przeciwnie, marzymy by ten stan trwał wiecznie. Miłość, tak szybko jak się pojawia, tak też szybko może zniknąć.

 

Nagle zaczyna brakować wspólnych tematów, planów, pasji, a uczucie przygasa bądź całkowicie się wypala. Rozstanie bywa dla partnerów bolesne, lecz po nieprzespanych nocach, mokrej od łez poduszce, wstajemy i dalej żyjemy. Z czasem wchodzimy w inne, nowe związki, dużo szybciej niż nasze obolałe nie tak dawno serce, pozwalało sądzić… Niezależnie jak dochodzimy do tego momentu, zdarza się, że po jakimś czasie, ktoś, z kim łączyło nas mocne uczucie pojawia się ponownie w naszym życiu i dopiero wtedy zaczyna się robić nam niezły bałagan… stara miłość nie rdzewieje… prawda? Wspólna przeszłość, wspomnienia, jakieś emocjonalne więzi, mimo, że zerwane pozostawiły w nas ślad, coś zaczyna odżywać… W tym właśnie momencie pada fundamentalne pytanie, czy pozwolić byłemu, byłej, wrócić? zacząć od nowa?

 

NIE! moim zdanie NIE! Nasze serce podpowie, że macie tyle wspólnego, byliście razem, coś tam wychodziło między wami a rozstanie, to jak drobna przerwa, która niby pozwoliła wam dostrzec, czego naprawdę w życiu chcecie i o co naprawdę warto walczyć… Bzdura! wyjątki zawsze są, ale radzę nie liczyć na to, że nim okaże się nasz przypadek. W większości takie powroty po jakimś czasie kończą się straszliwą katastrofą, jeszcze gorszym rozstaniem albo co już naprawdę jest tragiczne, nieszczęśliwym wspólnym życiem.

 

Nie warto pozwalać wracać. Jeśli raz ktoś zdecydował, że nie widzi się z nami w obrazku, a tym bardziej, gdy byliście w związku wystarczająco długo by poznać się wzajemnie na tyle dobrze, że już tworzyliście jakieś plany na przyszłość… a potem wszystko rozsypało się… Nie jest istotne, czy decyzja o rozstaniu była wspólna czy tylko wyszła z jednej strony, wybór był jasny, nie będzie wspólnej przyszłości… Nie ma więc powodu, by po kilku tygodniach, miesiącach a może latach, próbować z tą osobą na nowo!

 

Ja wiem, że ludzie się zmieniają, ale jeśli kiedyś wam tej siły zabrakło na tyle by się rozstać, a nie doprowadzić do rozwiązania problemów między wami, to mimo że ten drugi człowiek jest (tylko teoretycznie) inny, zmienił się… czy mamy pewność, że przy pierwszej poważnej oznace problemów znów nam nie umknie albo my jemu? Sentymentalne wspominki – fajna rzecz, ale na sentymencie nie buduje się związków! to najzwyczajniej niewłaściwy fundament! A skoro raz pozwoliliście sobie się oddalić, to nie wierzę, że co was łączyło to była ta jedna jedyna prawdziwa miłość. Tylko na filmach rozstania i powroty wyglądają tak pięknie… one mają sens, sprawić by historia była ciekawa. Czy wy chcecie mieć życie przerywane szybkim zwrotami akcji? w uczuciach wydaje mi się, że nie!

 

Pozwalając wrócić, podejmujemy trudną decyzję. Zaznaczę, że zdarzają się pozytywne wyjątki, tylko po co ryzykować, skoro w życiu może gdzieś pięć kroków dalej czeka na nas ta idealna osoba, którą możemy przeoczyć… próbując czegoś, co raz klęskę już poniosło…   

 

 

mcw.bloog@wp.pl

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

RÓŻNICA WIEKU W ZWIĄZKU

czwartek, 01 marca 2012 1:44

 

Jest to bardzo częsty problem pojawiający się w relacjach damsko – męskich. Zwykle postrzeganie tej kwestii jest negatywne ze względu na nasze pełne stereotypów przekonania, jak i poprzez wystawianą opinię o takich związkach przez społeczeństwo. Oto kilka zagadnień jakie padają zazwyczaj w dyskusjach na ten temat.

Czy możemy określić ile powinna wynosić maksymalna różnica wieku między partnerami?
 
Nie można określić jakiejś granicy. Na miłość przecież nie mamy wpływu, serce nie patrzy do metryki, to często nasz rozum próbuje w tej kwestii zabrać głos, a wewnętrzny głos podpowiada wiele obaw, jakie wiązać się mogą ze zbyt dużą różnicą wieku. Boimy się tego, co czeka nas w przyszłości, tego czy zdołamy zbudować wartościową relację z kimś dużo starszym lub młodszym, bo wiek ma nas charakteryzować, a jeśli jest znacząco różny, to wydaje się nam, że i znacząco różne może być spojrzenie na te same sprawy w życiu. Dlatego może rzeczywiście warto trzymać się różnicy… takiej, która nie sprawia, że między nami a partnerem, partnerką, jest pokolenie. Ja na oko wyznaczyłbym takie 10 lat, podkreślając równocześnie, że jeśli serce obdarzy uczuciem kogoś, kto w tym przedziale się nie mieści, to co robić? ja za głosem serca poszedłbym w to… 

Takie związki wzbudzają większe zainteresowanie, niektóre osoby mogą odczuwać dyskomfort np. przy znajomych, gdy 25 letnia dziewczyna przychodzi z np. 45 letnim partnerem, bądź odwrotnie. Ważny jest też sposób traktowania wtedy rozmówcy, gdy znajomi odnoszą się do młodszej lub starszej strony z obawą, niepewnością, w pewien sposób unikają nawiązania kontaktu.
 
Związki o dużych różnicach wiekowych między partnerami nie są dla każdego, bo i nie każdy potrafi sobie poradzić z presją, jaką buduje otoczenie i z tymi wszystkimi spojrzeniami, których uniknąć się nie da! Rodzina również może wywierać naciski na ludzi będących w takiej relacji. Trzeba być silną osobowością i mieć charakter odporny na opinie i krytykę innych. W towarzystwie znajomych warto oswoić występujące zainteresowanie, śmiało mówić o tym co łączy bądź dzieli. Pokazać, że mimo wszystko można dać sobie szczęście i mając mądrych znajomych łatwo poskromimy ich początkową nieufność, a tym samym zapewnimy drugiej połówce komfort przebywania w ich towarzystwie, choć pierwsze spotkania zapewne będą trudne. Najważniejsza jest jednak siła uczucia i charakteru, połączona z determinacją, wszystko to musi iść w parze, bo inaczej takie związki kończą się katastrofalnie.

Dlaczego związek starszej kobiety z młodszym mężczyzną wzbudza większe zainteresowanie od tego, w którym to mężczyzna jest starszy?

A dlaczego nadal większość kobiet zapytana czy chciałaby za partnera rówieśnika czy mężczyznę starszego… prawie zawsze wskaże starszego? Jest to kwestia jakiegoś kulturowego zakorzenienia w nas pewnych wzorców, które nie giną mimo upływu lat. Warto spojrzeć na własnych rodziców, ich przyjaciół, zazwyczaj płeć brzydka jest starsza. Przez wieki oczywiste było, że to mężczyzna zapewnia byt rodzinie, podczas gdy kobieta dba o ognisko domowe, to mężczyzna postrzegany, jako ten utrzymujący dom, więc nie mógł być młodziutki, musiał mieć doświadczenie życiowe i dorobek zapewniający byt rodzinie. Z tego wynika, że dużo łatwiej przyjmuje się widok starszego mężczyzny z młodszą kobieta niż na odwrót.

Kwestia dojrzałości emocjonalnej u młodszych partnerów oraz bagażu doświadczeń u starszych, jak pogodzić współistnienie tych światów?

Dojrzałość jest zawsze kwestią indywidualną. Jedna osoba mając 20 lat może być dojrzalsza od tej mającej 30, druga mając 20 może być na poziomie prawie że dziecka. Brak doświadczeń życiowych może być dla drugiej strony problemem, choć życie uczy nie tyle właściwych wyborów, co własnej drogi. Różnorodność tych światów wzmocniona wiekiem może stać się dość istotna. Nie ma rzeczy, której nie można wypracować, ale wymaga to większego zaangażowania, co w sumie może być pozytywne. Jeśli musimy się o coś starać to przecież bardziej to doceniamy, pod warunkiem, że nie rezygnujemy przy pierwszych przeciwnościach losu.

Co przemawia za związkiem z młodszą lub starszą osobą?

Młodość to siła, radość z życia niezmącona przez niekiedy brutalną rzeczywistość, potrafi wpłynąć ożywczo na dojrzałą osobę, uszczęśliwić oboje, dojrzałość czerpie z młodości, młodość z dojrzałości. Partner młodszy widzi w starszym przewodnika, kogoś, kto uczy, jest wsparciem i dorzuca szczyptę rozsądku. Same różnice to jednak za mało, są świetnym dodatkiem, jednak wielkim nieporozumieniem jest twierdzenie, że to ludzie podobni do siebie tworzą najlepsze związki…

Stereotypy a pieniądze, tak na ciebie będą patrzeć?

Oj tak, młoda kobieta i starszy mężczyzna, ona z nim dla kasy… on z nią, bo pewnie zostawił swoją żonę dla młodszej… wiadomo. Z takimi stereotypami przyjdzie się mierzyć na każdym kroku, ale jeśli ktoś ma grubą skórę to w głębokim poważaniu będzie miał opinie innych, jeśli jego związek daje mu szczęście to tylko to się liczy.

Czy jesteśmy w stanie zaakceptować przeszłość partnera?

Dla młodszej strony relacji, oprócz doświadczenia, starszy partner niesie ze sobą i trudną przeszłość. W każdym elemencie takiego związku warto liczyć się z tym, że w prawdziwej miłości nie ma problemu z akceptacją przeszłości, ale też nie przychodzi to tak od razu. Potrzeba czasu, wielu rozmów, zbliżenia poglądów, zrozumienia, a także dużego dystansu.

A co z przyszłością takiego związku?

W przypadku dużej różnicy wieku, przyszłość może nieść obawy. Z czasem coraz bardziej nie tylko dostrzegalna, ale i odczuwalna różnica pomiędzy kochającymi się osobami wystawia ich uczucie na próbę. Zmusza do zmiany stylu życia młodszą połówkę dużo wcześniej, niż nastąpiłoby to z partnerem w podobnym wieku… Wiek niesie ze sobą plusy i minusy. W takiej relacji, plusy otrzymuje się od razu, minusy przychodzą z roku na rok. Nie ma wątpliwości, że związki gdzie różnica wieku jest dość spora, to związki ogromnie skomplikowane, trudne, nawet jeśli początek wydaje się łatwy, osoby czujące, że mogą nie podołać, lepiej niech sprawę kilkukrotnie przemyślą… wejść łatwo… trwać, bywa trudniej... ale to jak w każdym związku...

Jest to tylko kilka problematycznych aspektów, które pojawiają się przy tego typu związkach, a jak to bywa, życie może ich postawić na drodze znacznie więcej... jak również pozytywnie zaskoczyć...
 


mcw.bloog@wp.pl



komentarze (117) | dodaj komentarz

INTERCYZA – ROZSĄDEK CZY WYRACHOWANIE?

piątek, 10 lutego 2012 22:58

 

 

Mdli mnie, gdy słucham narzekań, na to jak ktoś wyszedł z małżeńskiego kieratu, tylko w samych skarpetkach, biedaczysko... a raczej głupiec! Swoją drogą ciekawe, czemu tylko one się zachowały? to chyba sugestia, że druga strona także bieliznę chciała dla siebie, zapewne uznając ją jeszcze za całkiem niezniszczoną i po wypraniu lub nie... jako zdatną do ponownego użytku… Skarpetki zostały, rozumiem, problem, łatwo się niszczą i prawdopodobnie śmierdzą… Tak więc, ktoś zostaje tylko w tych skarpetkach i może mieć żal sam do siebie… Miłość to miłość, musi opierać się na zaufaniu, ale w trakcie jej trwania, niestety jeszcze nikt nie wymyślił gwarancji na wieczną miłość, ona przychodzi, bywa, zdarza się że i odchodzi, no i co wtedy? zasada bezgranicznego zaufania może prysnąć jak bańka mydlana. Emocje jakie rozstanie powoduje, nie raz pchają ludzi do robienia głupich rzeczy. Tak to jest, że rozwody wyzwalają to, co najgorsze w człowieku. Tylko nieliczne pary potrafią rozstać się i pozostać w dobrych relacjach, szanując siebie, nawet jeśli przyczyna rozstania jest konkretna i w postaci osoby trzeciej…

Gardzę podejściem zdradzonych ludzi, którzy mówią, zabiorę jemu/jej wszystko… taka forma zemsty? upokorzenia? no nie wiem, raczej upokarza, ale osobę która tak mówi… Szanuje i podziwiam ludzi potrafiących się rozstać, a po rozwodzie pozostać w dobrych albo chociaż neutralnych relacjach. Niestety czasem się tak nie da… bo jak z wrednym zachowaniem walczyć? Miłe słowa i prośby nie pomogą… Pomoże za to papier, bo tyle o ile życiowych problemów nie rozwiąże, to z pewnością zamknie wszelkie argumenty przeciw… sprawy ułatwi i przyśpieszy, sama korzyść!

Trzeba obalić mit, że intercyza zabezpiecza tylko jedną stronę, zabezpiecza obie i gwarantować może ewentualnie pokrzywdzonym przez przykładową zdradę spore wynagrodzenie dla ich wierności, nic w tym złego… To tylko w bajkach i romansidłach, ten kto proponuje intercyzę jest wrednym, zachłannym człowiekiem. Dla mnie jest to człowiek rozsądny, bo w życiu nikt nic nie może zagwarantować, dozgonna miłość może się skończyć, a dobrze by było gdyby nie zabrała ze sobą całego dorobku życia…

Jestem za intercyzą, bez względu czy chodzi o związek kopciuszka z księciem, czy dwóch kopciuszków (choć dziwnie to brzmi…) tak czy inaczej, intercyza zabezpiecza, ułatwia, jest rodzajem gwarancji dla życiowego dorobku, bo nie ma nic bardziej przykrego, gdy dwoje kłóci się o kubek, dywan czy kosiarkę… żenujące… a papierek, taki ładny… jego waga, nie do ocenienia…

Jeśli partner lub partnerka, oburzą się na propozycje podpisania intercyzy, ja tym bardziej radzę nie ustępować. Jeśli się kochacie, jeśli wam życie się ułoży, to intercyza jak stare świadectwo, pożółknie w szufladzie, zestarzeje się z wami i będzie tylko papierem… ale gdyby życie ułożyło się inaczej od waszych oczekiwań, to ten papier będzie szalupą ratunkową, a kto topiąc się nie chciałby mieć szalupy? no kto?



mcw.bloog@wp.pl



komentarze (37) | dodaj komentarz

CZY MOŻNA KOCHAĆ DWIE OSOBY JEDNOCZEŚNIE?

sobota, 04 lutego 2012 15:52

 

Miłość... jedna, jedyna, najwspanialsza, ta prawdziwa, ma być na całe życie. O niej czytamy, o niej marzymy i może właśnie przez to, w prawdziwym życiu zderzamy się z brutalną rzeczywistością, która nam uświadamia, jak niewiele wiemy o miłości i jak bardzo nasze wyobrażenia mijają się z tym, co nas spotyka w życiu.

Całe życie wmawia się nam, że czymś dobrym jest kochać jedną osobę, a dlaczego? Uczy się nas w ten sposób, że nasze odwzajemnione uczucie musi wiązać obie strony związku na wyłączność względem siebie. Jesteśmy egoistami, chcemy być kochani i kochać, jednocześnie nie chcąc dopuścić do świadomości, że może pojawić się w pewnym momencie interesująca dla nas lub naszego partnera osoba, która stanie się także obiektem głębszych uczuć.

Kochać dwie osoby jednocześnie? Czy jest to możliwe? Uważam, że tak! nie wierzę, że nie można dzielić uczucia. Bardzo często porównuje się miłość do przyjaźni. Te dwa uczucia niewiele się różnią od siebie, a przyjaźń rozdzielamy przecież na kilka osób i mówimy tu o tej prawdziwej przyjaźni, więc wyjątkowej, nie znaczy to, że niepowtarzalnej. Naprawdę niewiele trzeba, żeby z przyjaźni przejść w miłość, a skoro jest to możliwe z jedną osobą, to jest to także możliwe z dwiema osobami równocześnie, a tylko fałszywe twierdzenie, że nie możemy uczuć dzielić, każe nam samym siebie cenzurować w miłości. Hipokryzja? a może konieczność?

Wszystkim tym, którzy twierdzą, że nie można kochać dwóch osób jednocześnie i że jeśli takie uczucie występuje, to na pewno nie jest to miłość, myślę, że można spokojnie przedstawić całkiem sporą grupę ludzi, którzy na pewnym etapie swojego życia stanęli w sytuacji, w której musieli zmienić dotychczasowe postrzeganie miłości. W tym momencie przeżywali wewnętrzny dylemat. Zaczynało się wartościowanie uczuć... kogo bardziej? za co? dlaczego? a każdy romantyk przecież wie, ze serce nie kieruje się rozumem i logiki tu nie odnajdziemy. Dlatego, nie ma sensu obwiniać się za zaistniałe uczucie, ponieważ nie jesteśmy tego w sposób racjonalny wytłumaczyć. Czasem życie, samo przynosi odpowiedzi na dręczące nas kwestie…

Innym zagadnieniem jest, co zrobimy z tym uczuciem i to zależy już tylko od nas. Czy pozwolimy tej miłości rozkwitnąć? czy dokonamy wyboru jednej osoby? a może najlepszym wyjściem w takiej sytuacji jest poszukiwanie kogoś innego, przy którym nie będziemy mieli wątpliwości. Jeśli dobrze myślę to, czyż w życiu nie o to chodzi, żeby nie mieć wątpliwości, co do własnych uczuć i być dzięki temu szczęśliwym?

Człowiek jest na tyle skomplikowaną istotą, a relacje międzyludzkie tak zawiłe, prawda jest taka, że ludzi i ich sposobów postrzegania uczuć, jest tyle, że nigdy nikomu nie da się zdefiniować jednej prawdy dla danego zagadnienia. Niektórzy całe życie kochać będą jedną osobę, inni natomiast będą toczyć nieustającą walkę ze sobą, nie potrafiąc zdecydować…

 



mcw.bloog@wp.pl



komentarze (56) | dodaj komentarz

NIELOGICZNY ROMANS

środa, 01 lutego 2012 2:05

 

Jak to w życiu bywa… Ona - mąż, dzieci, praca... Pojawiała się w biurze zawsze pierwsza. Solidna, obowiązkowa, oddana zadaniom jakie były jej powierzone. Potrafiła zjednywać sobie ludzi, swoim miłym i otwartym podejściem. Jednak z biegiem lat, gdzieś wewnątrz siebie zaczęła odczuwać przytłaczający ciężar codzienności. Podczas powrotów do domu szybki telefon do męża, krótkie zdania, bez znaczenia… gdzie jest? co robi? kiedy będzie? W domu czekały na nią dzieci. Kiedy przekraczała próg mieszkania, właśnie ich uśmiech był jedynym momentem, kiedy tak naprawdę w jej oczach było widać radość. Kochała męża, ale już od dawna nie mieli wspólnych tematów. Właśnie ta szarość dnia, przyćmiła łączące ich niegdyś więzi, odsuwając od siebie.

Nie zdawała sobie sprawy, że jedno drobne spóźnienie do pracy może tak wywrócić jej świat do góry nogami. Spotkała go w drzwiach wejściowych do firmy. Młody stażysta o chłopięcej urodzie, także się spóźnił w pierwszym dniu swojej pracy. Od tego się zaczęło… dyskretne spojrzenia, niby przypadkowy uśmiech, niekończące się serie przypadków, gdy zostawali sami.

Uśmiech dzieci przestał być jedyną radością w jej życiu. Wracając do domu wspominała urywki dnia spędzonego w pracy blisko niego i na jej twarzy malował się wyraz zadowolenia. Z dnia na dzień rosła fascynacja młodym mężczyzną. Stało się… gdyby wyszła z biura na czas, może nie zdarzyłoby się to… między nią a stażystą nawiązał się płomienny romans.

Spędzając w pracy długie godziny, nie trudno przejść od zwykłej znajomości do przyjaźni, a nawet czegoś więcej. Konsekwencje mogą być jednak bolesne. Znudzona mężatka, intrygujący, młody mężczyzna, no i mamy ambaras, bo obydwoje chciało naraz… Nie jest tajemnicą, że każdy człowiek szuka szczęścia w życiu, gdy czegoś brak, rozgląda się wkoło i gdy ten brakujący element pojawia się w zasięgu ręki, naturalnym jest, że wcześniej czy później pojawia się pokusa żeby po niego sięgnąć.

Niestety życie nas tak prowadzi, że wszystkiego mieć nie możemy. Mało kto ma odwagę żyć, nie uznając kompromisów, godzi się tym samym na częsty brak realizacji w wielu sferach. Czy ta kobieta nie miała wyboru dopuszczając się romansu w pracy? czy mogła uniknąć biurowego romansu? poszukać, odnaleźć zagubione szczęścia przy mężu?

Pewnie z mojej strony jest to wielka naiwność, ale to ona dokonała wyboru. Czując, że czegoś jej brakuje, sięgnęła po coś, co było łatwiejsze niż odbudowanie zatraconej relacji z mężem. Lenistwo w relacjach? Dlaczego często bliższe są dla nas nowo poznane osoby, niż te, które faktycznie mamy blisko siebie. Kilka lat wspólnego życia przegrywa postawione na szali z chwilową fascynacją. Zastanawiam się, czemu bywamy „samobójcami”? Wszak zdrowy rozsądek podpowiada, że taka nawiązana relacja w pracy, w większości przypadków skazana jest na niepowodzenie, jest bez przyszłości. A mimo to, instynkt hazardzisty podpowiada podjęcie ryzyka w grze, w której tak naprawdę wygrać się nie da.

Jak szybko się zaczęło, równie szybko się skończyło. Staż dobiegł końca, a powroty do domu dla kobiety stały się jeszcze trudniejsze niż kiedykolwiek…

Należy zadać pytanie, czy w związkach zawsze trzeba kierować się rozsądkiem, a tym bardziej czy związek ma przyszłość? Nie! uważam, że rozsądek zabija miłość, wręcz czasem nie przystoi w uczuciach mówić o logice, bo rozsądnie i logicznie dobieralibyśmy się w pary jak maszyny, praktycznie komputer mógłby po wprowadzeniu paru danych łączyć nas w związki uznając, że zestaw cech i zainteresowań jest odpowiedni. Tak działają portale randkowe? nie! bo czym innym jest szukać osoby wrażliwej i lubiącej długie spacery, podobnej do nas, niż matematyczne łączenie w pary. Wiemy doskonale że to, co na papierze idealnie pasuje, w życiu już niekoniecznie. W człowieku jest to piękne, że jest kompletnie nielogiczny, musi mieć w tym rozum, ale czy można oczekiwać rozsądku od serca? czy jest sensowne szukać logiki w namiętności? czy kochając można zdradzić?

I tu tkwi problem, sprzeczność, jak pogodzić wolną duszę, emocje, uczucia, ze zobowiązaniami, rozsądkiem, kiedy jedno a kiedy drugie wybierać…



mcw.bloog@wp.pl



komentarze (19) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  3 372 688