Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 885 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

O mnie

Jestem człowiekiem mającym swoje zdanie w każdej sprawie ale dającym się przekonać innym gdy tylko otrzymam dobre argumenty.
MÓJ MAIL: mcw.bloog@wp.pl

Statystyki

Odwiedziny: 3372681
Wpisy
  • liczba: 225
  • komentarze: 7384

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

monitoring pozycji

ZA MAŁO REALIZMU W POLSKIEJ POLITYCE I PODEJŚCIU DO GOSPODARKI

niedziela, 07 lipca 2013 13:19

kkkkk.jpg

Polityka ma to do siebie że często rozbudza negatywne emocje, ale w ostatnim czasie zaczynam zaciskać zęby mocniej niż kiedykolwiek gdy słyszę kilka populistycznych, idiotycznych twierdzeń wypowiadanych przez naszych polityków wszelkich opcji, a także działaczy społecznych i zwykłych ludzi…

 

- Umowy śmieciowe są złem! trzeba je zmienić!

- Podnieść płacę minimalną!

 

Największa bzdura jaka może być. Ludzie tak mówiący żyją w nierealnym świecie w którym wierzy się, że gospodarka rynkowa to gospodarka socjalistyczna. Przespali chyba ostatnie 23 lata i kompletnie nie rozumieją otaczającego ich świata. Umowy śmieciowe wbrew temu co się mówi są dobre dla pracowników, dzięki temu że istnieją, sporo ludzie w ogóle ma pracę, gdyby ich nie było, to większość przedsiębiorców zwyczajnie nie byłoby stać na zatrudnianie nowych pracowników. Podejrzewam też, że musieliby ograniczać zatrudnienie żeby się utrzymać na rynku. Czy tak trudno zrozumieć że przedsiębiorca i jego firma to tak jak rodzina, ma swój budżet, swoje możliwości, w swojej firmie może podejmować takie decyzje jakie uważa za słuszne. I jeśli ktoś chce go pozbawić wolności na zasadzie ograniczania jego praw, nałoży mu się dodatkowe obowiązki, które w trudnym momencie z jakim może się borykać sprawią że on i jego firma, a z nią i jego pracownicy pójdą na dno… ciekawe kto wtedy pomoże? Zapewne nie te osoby, które takie populistyczne hasła lubią wypowiadać…

 

Myślę, że najlepiej na takie pomysły odpowiada Prezes ZWIĄZKU PRZEDSIĘBIORCÓW I PRACODAWCÓW (ZPP) Cezary Kaźmierczak, chyba też nie wytrzymał tej ignorancji np. szefa Solidarności. Odpowiedział na jego postulaty emocjonalnie, ale słusznie…

 

„Nie sądzę, że Pan o tym nie wie – ale mimo to informuję Pana, że przedsiębiorcy mają głęboko w dupie, jaką Pan zechce ustanowić płacę minimalną oraz czy zlikwiduje Pan umowy cywilno-prawne.

 

Informuję Pana, że damy rade, cokolwiek Pan jeszcze wymyśli. Ograniczymy nasze przedsięwzięcia, wyjedziemy z nimi zagranicę, będziemy zatrudniać wyłącznie na działalność gospodarczą, ograniczymy zarobki „do ręki” dla pracowników, w ostateczności będziemy zatrudniać na szaro. Damy radę.

 

Wątpię natomiast czy dadzą radę – ci najsłabsi na rynku pracy: młodzi bez doświadczenia, osoby o niskich kwalifikacjach, osoby z małych miejscowości etc. Dzięki umowom cywilno-prawnym wielu z nich ma bowiem jakąkolwiek pracę. Po realizacji Pana postulatów nie będą mieli żadnej,  a w najlepszym razie zamiast umowy cywilno-prawnej dostaną  „umowę na gębę”.

 

I co Pan nam zrobi? Będzie Pan mógł nam „na warsztat skoczyć” – jak mawiał poprzednik na Pana stanowisku.  Jak zamierza Pan nas zmusić, żebyśmy zatrudniali ludzi, jak nas przy horrendalnych pozapłacowych kosztach pracy na to nie stać?”

 

Dokładnie, jeśli przedsiębiorcy, który daje u siebie pracę nie będzie stać na płacenie wyższych świadczeń a ktoś go będzie do tego zmuszał mając rachunek ekonomiczny głęboko w d…. to każdy właściciel swojej firmy ma do wyboru, bankrutować dają kilka miesięcy lepsze pensje, rezygnować z rozwoju firmy co wpłynie na gospodarkę czyli na nas wszystkich, zaprzestać zatrudniania nowych pracowników lub kilku zwolnić aby mniejsza załoga zarabiała więcej, bo ktoś podnosi nierealnie płacę minimalną, chce likwidować umowy obraźliwie zwane śmieciowymi itp.

 

W otwartym liście czytamy dalej…

 

„To, że protestujemy przeciw „ozusowaniu” wszystkiego czy  płacy minimalnej wynika bardziej z lęku przed prowadzeniem firm w warunkach 30% bezrobocia (do czego prowadzą Pańskie żądania) niż z lęku przed Pana postulatami. Szkoda nam też tych biednych ludzi, Polski i nie chcemy stąd wyjeżdżać.

 

Protestując przeciw tym rozwiązaniem, robimy robotę, którą Pan powinien wykonywać – bronimy najsłabszych i najbiedniejszych, którzy dzięki nim maja jakąkolwiek pracę. Gdyby Pan był rzeczywiście zainteresowany ich losem – protestowałby Pan przeciw opodatkowaniu pracy, która w Polsce jest opodatkowana jak wódka i jest główną przyczyną bezrobocia. Wskazują na to wszystkie raporty jakie znamy. Może Pan zna jakiś inny, który pokazywałby inna przyczynę, że 15% Polaków (w tym 30% wśród młodych) nie ma pracy?”

 

Zgadza się, im przedsiębiorcy mają więcej ograniczeń i obowiązków tym trudniej działać i tym większe bezrobocie. Dotknie ono nie tych, którzy świetnie sobie radzą na rynku pracy, specjalistów, wysoko wykwalifikowanych ludzi itp. ale właśnie tych normalnych pracowników, młodych, starszych, bez doświadczenia.

 

Związkowcy w Polsce wykonują niedźwiedzią przysługę wobec ludzi pracy. Niby dbając o poprawę ich losu, myślą że jeśli zadekretuje się wysoką płacę, długotrwałe umowy gwarantujące miejsce pracy że to będzie w interesie pracowników, podczas gdy to sprawi że większość pracować nie będzie, a raczej będzie pracować na czarno bo tylko tak będą zatrudniani, wtedy to dopiero będzie śmieciowa, ale gospodarka!

 

Ja wiem, że niektórym trzeba tłumaczyć łopatologicznie pewne absolutne prawdy więc…

 

Mając rodzinę mamy określony budżet. Co miesiąc określone zobowiązania w stylu podatki, opłaty itp. i wyobraźmy sobie że ta rodzina to firma, ludzie w rodzinie to pracownicy, jak każda firma rodzina chce się rozwijać, mieć lepsze, dostatnie życie…

 

I nagle przychodzi np. Pan przewodniczący Solidarności, który was nie zna, nie wie czy miesiąc wcześniej mieliście nadwyżkę w budżecie rodzinnym czy może gorszy moment i wam brakowało. Jesteście dla niego firmą, więc mówi wam, że podnosi np. minimalny rachunek za telefon z 50 zł. do 150 zł.

 

Nie interesuje go czy was stać na płacenie tych 150 zł. za telefon czy nie, on mówi że musicie płacić 150 zł. minimum gdyż inni mają gorzej. Wpływa na polityków a oni w przypływie ignorancji uchwalają takie prawo mówiąc że dzięki temu osoby które np. telefonu nie mają będą go mieć, bo ci co mają płacą za niego więcej… Teoretycznie brzmi to logicznie, praktycznie…

 

Co się dzieje? Jako dobrzy obywatele zaczynacie płacić 150 zł., czyli co miesiąc w waszym rodzinnym budżecie ubywa dodatkowe 100 zł. i nie ma problemu jeśli wam zbywało to 100 zł., ale co jeśli to 100 zł. było kosztem tego że dwójka waszych dzieci chodziła np. na dodatkowe lekcje angielskiego (każde po 50 zł.), rozwijało się, inaczej mówiąc, tak jak każda firma chce się rozwijać!

 

A może w przyszłości wasze dzieci poszłyby na inne dodatkowe lekcje zachęcone poprzednimi ale nie… Musicie wybrać? ba! wyboru nie macie, bo ktoś podniósł wasze koszty funkcjonowania odbierając wam swobodę decydowania, rozwoju i nie licząc się z waszymi możliwościami… Lekcji angielskiego nie będzie bo ktoś uznał że minimum za telefon musicie zapłacić 150 zł. Efekt, firma jaką jest wasza rodzina nie rozwija się, musicie dokonywać trudnych wyborów…

 

Oczywiście jest możliwość że stać was na płacenie na telefon 100 zamiast 50 zł. W takim wypadku wystarczy, że jedno z waszych dzieci (w tej analogii pracowników) nie pójdzie na angielski, zostanie pozbawiony możliwości awansu, kariery a co za tym idzie w przyszłości wasza firma będzie miała mniej wartościowych elementów i może upaść lub przegrać na rynku co odbije się na gospodarce, waszych pracownikach i dobrobycie wszystkich…

 

Taki scenariusz dla naszych firm, pracowników, społeczeństwa, szykują ci wołający o podniesienie płacy minimalnej, kosztów pracy itp. Patrzą krótkowzrocznie, kompletnie nie licząc się z nikim i szkodząc tym najsłabszym, niby broniąc ich interesów!

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (95) | dodaj komentarz

OPTYMIŚCI ŻYJĄ DŁUŻEJ, ALE CZY LEPIEJ?

czwartek, 09 maja 2013 18:50

 

 

Podobno pogoda ducha i pozytywne patrzenie na świat sprawia, że dłużej cieszymy się zdrowiem, lepiej znosimy porażki i szybciej stajemy na nogi w obliczu problemów. Trudno tej tezie odmówić racji, jednak czy niekiedy zbytni optymizm nie jest zgubny? Czy za duża wiara w powodzenie różnych przedsięwzięć może skutkować boleśniejszymi upadkami, rozczarowaniami a nawet częstszymi błędami? Zastanawia mnie to z racji tego, że jestem realistą, nie patrzę na świat jak na różowy balonik, ale też nie widzę go jak pesymiści we wszystkich odcieniach szarości.

 

Staram się być pomiędzy, pośrodku, dostosowywać mój zapał, ocenę sytuacji, w oparciu o realistyczne założenia. Niestety takie podejście często sprawiało, że zamiast zrobić dwa kroki do przodu robiłem tylko jeden, bojąc się nadmiernego entuzjazmu i wiary w powodzenie. W takich chwilach zazdrościłem tym, którzy bez żadnego skrępowania nie tylko robili dwa kroki do przodu, ale czasem i trzy. Bardzo często wygrywali na tym. Silna wola i determinacja, a także bagatelizowanie drobniejszych błędów ułatwia życie i odnoszenie sukcesu. Widziałem także upadki, kiedy jakiś człowiek robił te trzy kroki, po czym musiał się cofnąć o dziesięć kroków do tyłu. Takie sytuacje doprowadzały mnie zazwyczaj do wniosku, że może faktycznie lepiej być pośrodku, sukces czasem mniejszy, ale upadek także mniej dotkliwy, dzięki większej racjonalności a mniejszemu życzeniowemu myśleniu po drodze i liczba popełnianych błędów jest stosunkowo niska.

 

Jednak jest we mnie ten palący, ogromny żar zazdrości w stosunku do ludzi, którzy potrafią wzbić się ponad chmury nie myśląc o konsekwencjach i ewentualnym upadku. Oni doznają ekstremalnych osiągów i nikłym pocieszeniem jest świadomość boleśniejszych potknięć. Realista ma zawsze ograniczone pole… fakt, że jednak mając wybór zostałbym tu gdzie jestem, złoty jak dla mnie środek. Mimo to tęsknota za optymizmem gdzieś zawsze we mnie będzie. Uważam optymizm za istotny, przecież i realizm zabarwiony nutką optymistycznego nastawienia nabiera lepszego smaku.

 

Współczuje natomiast pesymistom, oni nigdy nie odczuwają odpowiedniej radości z sukcesów, gdyż zawsze z tyłu głowy mają sto negatywnych myśli, nigdy nie robią kroku do przodu, bo boją się, że może być ich ostatnim lub tak długo się nad nim zastanawiają, że w momencie, gdy się na niego decydują bywa on prędzej gorzkim pełzaniem do celu niż marszem. Pesymiści z całą pewnością także problemy odczuwają dwa razy gorzej od optymistów i trzy razy wolniej się z nich podnoszą. Myślę, że mają podobnie jak ja, realista, ukrytą tęsknotę do życiowego, optymistycznego podejścia... Teraz zorientowałem się, że zarówno realista jak i pesymista zazdroszczą optymiście, dostrzegając wyłącznie zalety jego postawy, na wady nikt nie traci czasu, a może warto? pozornie dobra postawa nie zawsze jest tą najlepszą…

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (76) | dodaj komentarz

CZECHY OTWIERAJĄ SIĘ NA MARIHUANĘ, CZY I NAS TO CZEKA?

środa, 03 kwietnia 2013 13:59

 

Jakiś czas temu u naszych południowych sąsiadów zezwolono na posiadanie i uprawianie drobnej ilości marihuany na własny użytek, bez zgody na przetwarzanie albo rozprowadzanie… Martwiło mnie to i nadal dużo bardziej martwi niż najnowsza decyzja władz w Pradze o tym, że marihuana zostaje skreślona z listy substancji zakazanych i wpisana do spisu leków.

 

Prawda jest taka, że jako lek, marihuana jest w paru przypadkach pomocna. Morfinę również stosuje się leczniczo, a przecież ma silne właściwości uzależniające, dużo silniejsze od marihuany, więc nie widzę w dopuszczeniu tej roślinki do leczenia nic złego. Oczywiście pole do nadużyć może się pojawić, ale raczej minimalne, a znając podejście systemowe będzie to dość dobrze kontrolowane.

 

Niepokoi mnie sam fakt akceptacji dla posiadania i hodowania marihuany… Dlaczego?

 

- Zbyt powszechny i łatwy dostęp; nie ma tajemnicy, że dla chcącego nie ma nic trudnego zakazanie nie eliminuje narkotyku, ale przynajmniej dla pewnej grupy odbiorców w młodym wieku czyni lekko ryzykownym sięgnięcie po narkotyk, jakiś procent zwyczajnie to odstrasza i choćby był on znikomy to warto!

 

- Marihuana jest lekkim narkotykiem, ale jednak narkotykiem, dla sporej części korzystających jedynym po jaki w życiu sięgną, ale im szerszy dostęp i mniejsza kara za posiadanie, tym grupa tych, dla których marihuana będzie tylko wstępem do dużo mocniejszych środków znacząco może się powiększyć.

 

- Zastanawiam się, po co walczyć o prawo do korzystania z narkotyku? Ostatnio i u nas takie głosy są częste, ale czy to oznacza że mamy zgadzać się na wszystko? Do dobrej zabawy narkotyk nie jest potrzebny, a często jego ofiarami padają najmniej rozsądni i dojrzali ludzie, którzy nie dadzą sobie rady z panowaniem nad takim nałogiem, a konsekwencje mogą być straszne.

 

Palikot, parę gwiazdek i kilka organizacji walczy o to by marihuana była legalna, ale czy to dobra droga? Czy naprawdę społeczeństwo potrzebuje legalnego narkotyku?

 

I jeśli tak, to jaka różnica jest między mało uzależniającym narkotykiem a bardziej uzależniającym? Przecież ten mniej też uzależnia, wolniej, słabiej ale… i spokojnie z jednego uzależnienia ułatwia przeskoczenie na silniejsze. Jeśli ktoś pokocha doznania jakie mu marihuana dostarcza, to co go powstrzyma przed skosztowaniem silniejszych przeżyć?

 

Jak legalizować to nie wybiórczo tylko wszystkie, bez hipokryzji, relatywizowania… W kontekście tego, zastanawiam się czy tak chcielibyśmy żyć, w takim społeczeństwie, a tym bardziej czy dla naszych dzieci pragnęlibyśmy tak ten świat urządzić…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (86) | dodaj komentarz

FAŁSZYWI WOBEC NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI

niedziela, 17 marca 2013 12:14

 

Od dłuższego czasu towarzyszy mi pewne złe odczucie, wręcz mogę powiedzieć, że leży mi ono na sercu. Nie mogę pojąć jak w dzisiejszych czasach ludzie mogą być aż tak prymitywni w kwestii tak podstawowej, a mianowicie chodzi o podejście do osób niepełnosprawnych.

 

Krew mnie zalewa, gdy widzę jak człowiek może się obłudnie zachować wobec drugiego człowieka. Pewna kategoria ludzi w naszym społeczeństwie i to wcale nie marginalna zachowuje się na pozór bardzo poprawnie wobec niepełnosprawnych osób. Pierwszy rzut oka niestety jest mylący, jak często w życiu, gdyż za plecami kogoś niepełnosprawnego zwyczajnie się z tej osoby śmieją, cichy szept, niewybredny komentarz, kpią z fizycznych ograniczeń…

 

Dziś wstydzą się publicznie mówić tak jak myślą, nie wypada, ale ta kategoria ludzi i tak swojego prymitywnego myślenia nie zmienia… I są wokół nas! bez względu na wiek, wykształcenie, środowisko w jakim dorastali, dla tych ciasnych umysłów nie ma szczególnego miejsca występowania, są wszędzie wokół nas…

 

Zaskakuje mnie wciąż to niezrozumiałe zjawisko. Niby wszystko idzie w dobrym kierunku, ponieważ ludzie nabrali świadomości… A mimo wszystko takie rozczarowanie można spotkać na każdym kroku, widząc tych obłudnych… nie wiem nawet jak określić takich ludzi – udających szacunek wobec drugiego człowieka…

 

W sumie powinienem to rozumieć, przecież zawsze świat nosił na swojej powierzchni kretynów, którym do poniżenia drugiego człowieka wystarczał byle pretekst, im łatwiejszy do znalezienia tym lepszy. Fizyczna niesprawność tak jak kolor skóry czy orientacja seksualna zawsze były najprostszym bodźcem do rozpalania marnej jakości umysłów takich osób. Stara prawda głosi, że ci którzy poniżają czują się gorsi od poniżanych, nie mają nic wartościowego do zaoferowania społeczeństwu i przez poniżanie słabszych próbują ukryć swoją mierność a siebie dowartościować.

 

Śmieszne, bo ta kategoria ludzi o której piszę, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ich pogląd wobec osób niepełnosprawnych jest absolutnie niedopuszczalny, prymitywny, bezsensowny i krzywdzący, a mimo to nie zmieniają go. Kryją się z nim, choć zawsze prędzej czy później prawdziwe oblicze wychodzi na jaw...

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (28) | dodaj komentarz

NASTOLATEK I AUTORYTETY

wtorek, 12 lutego 2013 13:17

 

 

W życiu każdy człowiek potrzebuje jakiś autorytetów, a szczególnie dzieci. Niestety, gdy dziecko wchodzi w wiek dojrzewania błyskawicznie zrzuca rodziców jako autorytet z pierwszego miejsca na ostatnie. W sumie jest to dość zrozumiałe, młodzieńczy bunt, dorastanie, ma sprawić, iż człowiek poczuje się samodzielnym i odpowiedzialnym za własne decyzje (często jest to pozór, bo jak trwoga to do rodziców…).

 

Chęć tworzenia, kreowania i wpływania na swój świat oraz otoczenie, powoduje sprzeciw wobec zasad i nakazów płynących od starszego pokolenia. Przychodzi taki moment, że matka i ojciec zbuntowanego nastolatka zdają sobie sprawę, że ich latorośl obdarza większym autorytetem swoją koleżankę lub kolegę niż ich…

 

Dojrzewając poszukuje się swojej przynależności w grupie, kolega lub koleżanka naszej pociechy, traktują go na równi, czasem słuchają, czasem kłócą się, ale jest tu poczucie, że obie strony zależą od siebie. Zbliżają się, nie ma jasnej drabiny pozycji, gdyby była budziłaby natychmiastowy sprzeciw, tak jak to się dzieje w przypadku rodziców.

 

Miejsce rodziców zastępują silne jednostki w grupie przyjaciół nastolatka, z nimi może się identyfikować, one zaczynają stanowić wzór do naśladowania, autorytet. Starsze pokolenie, stanowi natomiast wzór, ale przeciwny, jak młoda osoba nie chce funkcjonować, myśleć, zachowywać się… Prawo młodości, uważać że można żyć inaczej, zmieniać świat itp.

 

W wieku kilkunastu lat zadaje się pytania, szuka uzasadnienia reguł dotąd przyjmowanych bezkrytycznie, a i ważną rolę bierze w tym wszystkim podważanie autorytetu rodzica. Faktem jest, iż w tym podważaniu… istotne dla nastolatka jest by był traktowany poważnie, na równi ze swoimi rodzicami. Oczywiście budzi to słuszny sprzeciw, wiemy przecież, że chcąc być blisko dziecka pragniemy budować z nim przyjaźń, więź, ale nie możemy zostać „kumplem”.

 

Dla rodzica wszelkie próby wejścia w rolę kumpla albo szefa skończą się fatalnie, trzeba umiejętnie balansować pośrodku. Ważne są rozmowy, nie pouczające gadki, rozkazy i zakazy, ale dzielenie się pasjami, zainteresowaniami, wzbudzanie w drugim człowieku ciekawości i okazji, stereotypowo by ojciec nie był tylko gościem wracającym z pracy i siadającym przed TV, a matka tą osobą, co sprząta i gotuje. Pokazać dziecku siebie z dawnych czasów, tata grał na gitarze… mama pisała wiersze…

 

Zazwyczaj ta starsza strona, zapomina jak sama czuła i myślała w takim wieku, choć zdaję sobie sprawę, że wtedy rodzic myśli logicznie o dobru swojej pociechy, ale popełnia błąd w komunikacji. Zapomina, że już zwykłe powiedzenie zrób to albo tamto a tego nie, jest zbyt małym środkiem wobec budującego swoją osobowość i niezależność nastolatka.

 

Myślę, że ważne jest by próbować w rozmowie dawać wrażenie bliskości pozycji, nie znaczy to, że się mamy równać, o nie, ale traktować nastolatka jakby był odrobinę starszy, nie owijać w bawełnę, gdy przychodzi do trudnych rozmów, bez krzyku i zbędnych emocji wyrażać swoje zdanie… Istnieje większa szansa, że młody człowiek nas posłucha. Proste w teorii a tak trudne w realizacji, nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo...

 

Powinno się jak najwięcej czasu poświęcać dziecku od najmłodszych lat, wtedy, gdy jeszcze tata i mama to bohaterowie, a nie strażnicy stojący na straży dostępu do dorosłości. Praca, obowiązki, zajmują czas, ale nie może być tak, że go zabraknie dla najważniejszej osoby w życiu… dla dziecka… Stały dobry kontakt od najmłodszych lat zaowocuje tak w okresie dojrzewania jak i późniejszym… dając szansę, aby rodzic pozostał autorytetem nawet w tym trudnym czasie buntu…

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (33) | dodaj komentarz

FILM O KATASTROFIE W SMOLEŃSKU? O NIE!

piątek, 11 stycznia 2013 15:03

 

Antoni Krauze zamierza nakręcić film o tej strasznej katastrofie. W sieci już pojawił się trailer, a mnie podskoczyło ciśnienie! Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien brać się za kręcenie takiego filmu w tym momencie! Polska jest podzielona na dwa obozy, temat nie tylko żyje, ale jest elementem ciągłej gry politycznej. Nikt jeszcze nie nabrał dystansu do tego zdarzenia, ocena albo próba przedstawienia w miarę bliskiego faktom obrazu wydaje mi się na dzień dzisiejszy kompletnie niemożliwa, ponieważ emocje wciąż są zbyt wielkie.

 

Zgadzam się, że taki film musi powstać, ale za 10 lat… może 7, ale nie dziś! Producenci reklamują film o Smoleńsku takimi słowami: "Największa katastrofa w historii Polski. Ginie prezydent i najważniejsze osoby w państwie. Zaczyna się czas kłamstwa i mistyfikacji". Pogrubiony przez mnie fragment chyba dobitnie wskazuje, jaka będzie wymowa filmu. Taka zapowiedź pasowałaby do filmu sensacyjnego, a nie przedstawiającego prawdziwe wydarzenia. Kłamstwa i mistyfikacja? Boję się, czy w tej produkcji ktoś nie wrzuci sztucznej mgły rozpylanej przez ziejących nienawiścią do Kaczyńskiego, Rosjan…

 

Sam fakt rozważania czy to był zamach czy katastrofa wydaje się niepoważny. Tworzenie czegoś rozbudzającego takie myśli, gdy kraj jest podzielony, ma znamiona wykorzystywania sytuacji do zrobienia szumu, zarobienia na wrażliwym i nośnym temacie, bez myślenia o poważnych konsekwencjach.  Czasu i jeszcze raz czasu oraz sporej dawki dystansu trzeba na taki film, ale ktoś ma to gdzieś, żeby o tym pomyśleć…  

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (31) | dodaj komentarz

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA, ŚWIĘTA!!!

piątek, 21 grudnia 2012 21:21

 

 

Święta dla mnie zawsze stanowiły magiczny okres, z którym wiążą się cudowne dziecięce wspomnienia, więc tego też pragnę życzyć, aby dla każdego te święta były przecudownym przeżyciem, pełnym bliskości, ciepła, miłości, masy prezentów i kompletnego braku problemów! Na te kilka dni w roku, niech Wasz osobisty świat stanie się oazą spokoju i radości przeżywanej w towarzystwie najbliższych… WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!



komentarze (26) | dodaj komentarz

O CO CHODZI?

piątek, 21 grudnia 2012 21:03

Życie jest skomplikowane. Nie ma spraw czarnych albo białych, ale czasem zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi i czy przypadkiem sami nie tworzymy problemów tam gdzie ich nie ma? Oto kilka spraw, które gorączkują wiele osób a ja nie widzę w nich problemu…

 

1. WSZYSCY JESTEŚMY RÓWNI – Nie, nie jesteśmy równi, każdy jest inny! nasz wygląd, inteligencja, charakter, osobowość, zdolności, cechy dobre i złe a także tysiąc jeden innych elementów sprawia, że nie jesteśmy równi, jesteśmy różni! Nie wiem, kto wymyślił takie hasło, ale często słyszę jak pozbawieni rozumu lub tylko cyniczni ludzie mówią, że równość jest ważna i do tej równości będą dążyć (zwłaszcza politycy). A ja osobiście nie mam ochoty być równy, bo bycie równym oznacza bycie takim samym, brak indywidualizmu, brak czegoś, co możemy nazwać naszym osobistym… Samo pojęcie równości drażni mnie, bo równi mamy być oczywiście do góry, do tych lepszych, nigdy do tych słabszych. Wszystkie osoby krzyczące, że chcą równości myślą o tym by mieć tak jak ta osoba, która w ich odczuciu ma więcej czegoś, choćby szczęścia w życiu. A jeśli równość oznaczałaby, że te osoby musiałby zrezygnować z czegoś w imię równości… i równać w dół… też by było fajnie? Równość to mit, całe szczęście, że nie jesteśmy równi, świetnie, że jesteśmy różni! A co z szansami? szanse na starcie powinny być równe? Nie, bo nigdy nie są! jeśli ktoś chce wierzyć, że gdzieś istnieją szanse równe to niech lepiej się zastanowi… Jeśli masz dwa metry wzrostu to masz większe szanse na bycie dobrym koszykarzem niż mając półtora metra wzrostu, gdzie tu równość? równe szanse? sama natura je odbiera, a intelektualnie… jeśli przedmioty ścisłe nie są twoją mocna stroną to masz mniejsze szanse, aby zostać np. architektem niż osoba ze zdolnościami w tej dziedzinie. To wszystko to tylko czubek góry lodowej, jest mnóstwo elementów sprawiających, że równości nie ma, nigdy nie było i nigdy nie będzie, tylko czy to tak naprawdę źle?

 

2. OBRAZA UCZUĆ RELIGIJNYCH – Nie ma czegoś takiego, nie jest możliwa obraza uczuć religijnych, bo jak je można obrazić? Jeśli ktoś powie mi, że wierzę w głupoty? że Boga nie ma? że biblia to zbiór bajeczek napisanych przez kilku szaleńców? że jestem głupi, bo wierzę? W jaki sposób można urazić tym moje uczucia religijne? Jeśli wierzę, to fakt, że ktoś będzie się śmiał z mojej wiary, jej podstaw i będzie kwestionował istnienie mojego Boga dla mnie nic nie oznacza! absolutnie nic! I nie czuję potrzeby tłumaczenia tej osobie jak bardzo się według mnie myli.  Jego prawo, nie wierzy, więc niech się śmieje, sposób, w jaki traktuje cudzą wiarę świadczy o nim a nie uderza w moje przekonania. A jeśli personalnie powie mi ktoś, że jestem głupi, bo wierzę? czy tym podważa moją wiarę? jeśli tak to oznacza, że coś słaba ta moja wiara. Sprawa prosta, jak mnie ktoś obraża to ja mam zdanie na jego temat, a on ponownie sam sobie wystawia ocenę. Wiara polega na tym, że nie atakuje się tych, którzy nie wierzą lub też kpią z naszej wiary. Jezus tym, którzy z niego się śmiali złością nie odpowiadał, dla każdego wierzącego to powinna być wskazówka, proste? proste!

 

3. OBIEKTYWNY DZIENNIKARZ – Ponownie mogę napisać, nie istnieje ktoś taki jak obiektywny dziennikarz, a to twierdzenie nie wynika z jakiś politycznych ideologii czy spiskowych teorii, ale z prostego faktu, każdy człowiek jest subiektywny! Jakiś fakt, relacjonowany przez kilka osób, faktem pozostaje, ale interpretacja, osobista refleksja lub sposób patrzenia na taką samą sytuację przez różne osoby sprawia, że każda forma przekazania informacji nabiera znamion subiektywnych. Człowiek myślący zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma obiektywnych dziennikarzy, dlatego chcąc sobie wyrobić opinię najbliższą realnemu faktowi musi zawsze sięgnąć do kilku źródeł, dokonać osobistej analizy, wtedy zbliża się do rzeczywistego faktu… ale odbiera go i tak subiektywnie! bo ta sama informacja dla każdego może oznaczać coś innego, na inne szczegóły można zwrócić uwagę, inaczej każdy z nas zaakcentuje pewne aspekty. Podsumowując, subiektywni dziennikarze piszą rzeczy, które są subiektywne i zostają odebrane w sposób subiektywny.

 

4. WIZY DO USA -  Polscy politycy na każdym spotkaniu z prezydentem USA, proszą i błagają o zniesienie wiz dla naszych obywateli, a ten biedny przywódca supermocarstwa musi udawać głupiego i w żywe oczy kłamać by nas nie urazić… nie wspominając o fakcie, że na tak wysokim stopniu o takich drobnostkach nie ma sensu rozmawiać, ten czas można lepiej wykorzystać. Media robią z tej sprawy kluczowy element stosunków Polska – USA, podczas gdy dotyczy on naprawdę niewielkiej liczby ludzi. Jeśli kogoś stać, ma interesy czy też możliwość zwiedzenia tego pięknego kraju nie musi się martwić o przyznanie mu wizy, pewnie formalności mogą troszkę przeszkadzać, ale to szczegół, dla takich osób wiza to nie problem! Jeśli ma się rodzinę i jedzie w odwiedziny, to także otrzymanie wizy nie stanowi kłopotu… Prawdziwy problem polega na tym, że większości ubiegającej się o wizy do USA chodzi o pracę na czarno, wtedy rzeczywiście, mają kłopot, bo nikt nie uwierzy, że jadą tam na wakacje. Najbardziej mnie śmieszy utyskiwanie na fakt opłaty, jaką ponosi się w całej procedurze, jeśli kogoś na to nie stać to, po co tam jedzie? kilku dni nie przetrwa… Tak więc wiza to problem marginalny, a już na pewno nie godny miana najważniejszej sprawy w relacjach dwustronnych. Ach, warto nadmienić, że żal mi się robi dziennikarzy podekscytowanych kolejnymi projektami zniesienia wiz, jakie pojawiają się czasem za oceanem. Nikt dla nas nic nie zmieni specjalnie, bo USA nie zrewidują całej swojej polityki dla jednego kraju, są normy, liczby, procenty, które określają czy kraj może mieć ruch bezwizowy z USA czy nie, koniec kropka, osiągnie się odpowiednie standardy, wizy znikają. A gdyby zmieniono dla jednego kraju ten poziom, to co z innymi, które także mogłyby się powołać na sojusznicze więzi, też im znosić wizy? Nie jesteśmy jedyni a już na pewno nie najważniejsi, jak nam, to i innym, a na to Ameryka pozwolić sobie nie może i każdy, kto poświęcił, choć trzy minuty czasu na pomyślenie o tym szybko to zrozumie. Wizy to nie problem i oby nasi politycy zrozumieli, że nie warto go co pięć minut podnosić! 

 

5. WŁADZA JEST DROGA – Standard w dyskusjach o polityce, politycy kosztują, władza kosztuje… tak samo jak wiele rzeczy kosztuje, edukacja, kultura, sztuka, rozrywka, każdy aspekt życia i nie da się żonglować coś za coś, bo musi być jedno i drugie. Oczywiście lepsze zarządzanie jak najbardziej, ale proszę, mnie jest wstyd, że nasi politycy tak się boją powiedzieć wprost „trzeba kupić nowy samolot”, „emerytura prezydencka jest za niska a pensja prezydenta i premiera prawie czterdziestomilionowego kraju, szóstej gospodarki w europie, mniejsza od pensji byle „prezesiny” drugoligowego klubu piłkarskiego. Odrobinę dumy i godności dla naszego narodu! Trudno, samolot drogi, limuzyny drogie, ale wolę by ktoś reprezentujący mój kraj pokazując się na świecie przyleciał nowoczesnym samolotem. Preferencje polityczne nie mają tu znaczenia, chodzi o prestiż państwa, a szczerze koszty takich rzeczy są i tak malutkie w stosunku do budżetu. Nie można ulegać w takich sprawach ludziom, którzy myślą, że polityk to złodziej (dużo częściej tylko głupiec) bo oni by sprowadzili kraj do poziomu gdzie premiera widzielibyśmy w Polonezie, a tego nikomu, kto mój kraj reprezentuje nie życzyłbym.   

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (17) | dodaj komentarz

CZY POLSCE GROZI FASZYZM?

wtorek, 27 listopada 2012 3:17

 

 

Prawie doszło do zamachu, jakaś ideologia sprawiła, że zwykły człowiek okazał się szaleńcem. Rozsądek poszedł w odstawkę, a za urojenia, cenę złożoną z życia miały ponieść niewinne osoby. Ta sytuacja sprawia, że zastanawiam się nad tym jak bardzo dyskurs polityczno ideologiczny potrafi wpłynąć na realne postrzeganie rzeczywistości i wpuszczanie do naszych głów chorych poglądów.

 

Politycy Ruchu Palikota i SLD znaleźli sobie ostatnio nowe, bardzo nośne hasło „WALKA Z FASZYZMEM”. Wiemy, czym był faszyzm, jak wiele złego wyrządził i ile mógłby jeszcze tego zła przynieść światu gdyby nie został powstrzymany. Z historii warto wyciągać lekcję i zwrócić uwagę, że w dzisiejszym świecie, powiedzmy sobie wprost, nie ma kraju gdzie jakiś minimalny ułamek procenta ludzi nie miałby tak skrajnych poglądów. Od Lizbony po Moskwę w Europie znajdziemy takie ruchy i organizacje, które mienią się patriotycznymi, a są faszyzującymi, nacjonalistycznymi grupami szukającymi zwykłej „zadymy”.

 

Na radykalizm i wszelkie odmiany ekstremizmu należy uważać, śledzić, ale wiedzieć także, że w śladowych ilościach występują one wszędzie i dopóki nie znajdują posłuchu u większości społeczeństwa, to nie stanowią istotnego problemu.

 

Po burdach z okazji Święta Niepodległości zrobiło się głośno… nagle politycy dostrzegli coś, co przecież od dwudziestu lat gdzieś tam na uboczu polityki i normalnego życia funkcjonowało. Politycy, którym brak obecnie pomysłu na Polskę, uznali, że wykorzystają starą dobrą metodę STRACHU. Wiadomo wszak, że każde społeczeństwo pod wpływem jakiegoś niebezpieczeństwa jednoczy się wokół tych, którzy oferują wyjście ze złej sytuacji. Ruch Palikota i SLD bardzo potrzebują uwagi opinii publicznej, a faszyzm stał się tu pretekstem do postawienia się w roli bojownika o dobro…

 

Uchwycony ostatnio terrorysta, lekko pokrzyżował im plany skupiając na sobie uwagę, ale czyż nie jest on też dowodem jak niebezpieczne i tragiczne w skutkach są konflikty społeczne podsycane przez partie polityczne?

 

Cynizm takiego zachowania mnie nie zaskakuje, polityka to polityka, ale jedna rzecz mnie przeraża. Trzeba wiedzieć, z czym się igra. Jeśli ktoś na czołowe serwisy informacyjne i najpoczytniejsze gazety wyciąga dyskusje o faszyzmie w Polsce, o organizacjach odwołujących się jeśli nawet nie wprost to do tej zbrodniczej ideologii. Należy mieć świadomość, że prezentujemy a wręcz podsuwamy rozgłos tymże nielicznym skrajnym grupkom, zapewniając im darmową reklamę! Wyciąga się trupa z szafy… I ja się boję, czy aby takie działanie nie sprawi, że ten trup ożyje i zacznie rozkwitać dzięki rozgłosowi, jaki politycy w poszukiwaniu tematów zastępczych organizują wokół tej sprawy. Aborcja, In vitro, już ostatnio gościły w mediach, przejadły się, czas na coś nowego, czas na faszyzm?

 

Czy takimi tematami od teraz politycy na zmianę będą się zajmować, zamiast realnymi problemami kraju? Chyba już wolę dyskusję o aborcji niż o faszyzmie, ona przynajmniej nie grozi wskrzeszeniem jednej z najbardziej niebezpiecznych ideologii, jaką człowiek zdołał stworzyć. Wolałbym uniknąć myśli, iż gdzieś w kraju jest więcej takich osób, co to z trotylem szykują się na sejm albo inny obiekt pełen ludzi, a od polityków oczekuję by w normalne kłótnie partyjne nie mieszali nadzwyczajnych emocji i nie tworzyli barier, które później ciężko przeskoczyć. 

 

Ciekawe czy nasi wybrańcy opamiętają się na czas… Ilu szaleńców potrzeba? ile nieudanych prób? a może jedna udana? Nauczony doświadczeniem wątpię w polityczny rozsądek!

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (23) | dodaj komentarz

POLITYK BEZ ŻONY TRACI NA ZAUFANIU

czwartek, 08 listopada 2012 12:37

 

 

Nikt już chyba nie ma złudzeń, że w całym demokratycznym świecie podczas wyborów wszelkiego typu nie chodzi o realne argumenty polityków, nawet jeśli padają. Dla opinii publicznej liczy się bardziej jak konkretny kandydat wypadł na spotkaniu z wyborcami, czy w debacie był spokojny i pewny siebie lub też, w jaki sposób przemówił do szerszego grona wyborców.

 

Właśnie dlatego, każde wybory to bardziej medialny spektakl niż wyścig na programy, propozycje i rozwiązania problemów. Polityk musi dbać o to jak postrzegają go wyborcy nie tylko merytorycznie, ale i życiowo. Żona (niestety rzadziej mąż) jako tło dla kandydata stanowi ważną podporę – medialną. Ociepla wizerunek, pozwala przeciętnemu wyborcy spojrzeć na gościa w garniturze wmawiającego iż zbawi kraj, jak na faceta z sąsiedztwa, z rodziną, dziećmi, tymi samymi problemami. W polityce kwestia identyfikacji wyborcy z wybieranym jest bardzo ważna, czasem najważniejsza.

 

Kawaler w polityce zazwyczaj niewiele zdziała. Wyborcy od razu pomyślą… a dlaczego on nie ma rodziny? żadna go nie chciała? może prowadzi rozwiązły tryb życia i unika ustatkowania się? Do tego dojdą argumenty kwestionujące jego życiowe doświadczenia „co on może wiedzieć o trudnościach, jakie napotyka człowiek każdego dnia?” lub „czy sprawy dotyczące rodziny, dzieci, edukacji, będą mu bliskie czy kompletnie pozostawi je na uboczu… skoro osobiście go nie dotyczą?”. 

 

Opinia publiczna, politykom, którzy nie są w związku małżeńskim zwyczajnie nie ufa! Oczywiście są wyjątki… nieliczne.

 

Przyznaję, jestem bardzo zdziwiony, że w Polsce, gdzie o wartościach rodzinnych mówi każdy, żony polityków są mało eksponowane. Nie wiem czy to kwestia naszej kultury, zwyczaju politycznego, wciąż przecież bardzo młodego w stosunku do dojrzałych demokracji. A może tu chodzi o rzecz prozaiczną, zwykłe nie zwrócenie uwagi na potencjał, jaki tkwi we wrzuceniu małżonki do politycznego bigosu? Fakt, że wejście rodziny do polityki to broń obusieczna, źle poprowadzone może zrujnować, dobrze wykorzystane wynieść na wysokie stanowisko.

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (23) | dodaj komentarz

STRACONE POKOLENIE?

wtorek, 23 października 2012 10:50

 

Młodzi ludzie, między 20 a 30 rokiem życia, określani w mediach jako stracone pokolenie, jacy tak naprawdę są? Czy istnieje coś takiego jak stracone pokolenie? Na czym miałaby polegać ta zmarnowana szansa całego pokolenia?

 

Czy zaliczasz się do „straconego pokolenia”?

 

Tak, jeśli jesteś młodą osobą, która dorastała lub wychowywała się już w wolnej Polsce po 1989 roku. Wypadałoby zadać pytanie, dlaczego? Ponieważ teoretycznie nowa epoka, demokracja, wolny rynek, stanowiły dla ciebie fundament rozwoju, w przeciwieństwie do starszych kolegów nie zostałeś skażony mentalnością PRL-u. Od samego początku, gdy mogłeś tylko to zrozumieć, wmawiane było tobie przekonanie, że w życiu liczy się sukces, bycie lepszym od innych. Jedynym sposobem na osiągnięcie tego stanu była jak najlepiej płatna praca, którą możesz uzyskać oczywiście po obowiązkowym zdobyciu wyższego wykształcenia, poznaniu jak największej liczby języków obcych i zrobieniu stu kursów. Modne także w twoim kręgu znajomych stało się pragnienie założenia własnej firmy, zamiast podjęcia pracy „dla kogoś”.

 

Uwierzyłeś, że kursy, wykształcenie i języki wyniosą cię na szczyt drabiny społecznej, mierzonej stanem posiadania, zawierzyłeś „tanim” kredytom, życiu praktycznie na kredyt, mieszkanie, samochód, zagraniczne wakacje, wszystko by twoja stopa życiowa tak dla ciebie jak i otoczenia wydawała się polepszać z roku na rok. Popełniałeś także straszny grzech podążania za tym co modne, na topie, od miejsc na wakacyjny wypoczynek po markowe ubrania w twojej szafie.

 

Jeśli ten opis odpowiada twojemu życiu i twoim aspiracjom do osiągnięcia takiego życia, to należysz do straconego pokolenia! Straconego, ponieważ rzeczywistość twoje marzenia i nadzieje zdaje się zgniatać już od pierwszej konfrontacji z nią, zaraz po opuszczeniu uczelni ze świeżutkim dyplomem magistra w ręku.

 

Czy rzeczywiście istnieje coś takiego jak grupa ludzi powyżej scharakteryzowanych, którą można by nazwać specyficznym „pokoleniem”?

 

Wiele osób piszących na ten temat szybko podchwyciło intrygującą nazwę „stracone pokolenie”, jako ładne nawiązanie, choćby do określenia „pokolenia Kolumbów”, czyli ludzi dorastających za czasów międzywojennej Polski, którym u progu dorosłości przyszło zmierzyć się z wojną i okupacją. Niestety dla mnie tworzenie jakiejś dziwnej konstrukcji o istnieniu straconego pokolenia bez szans na stabilną przyszłość, jest czystym rozdmuchiwaniem nieistniejącego problemu do skali masowego zjawiska społecznego.

 

Oczywistym jest, że każde kolejne pokolenie jest inne, ma inne problemy, inne plusy i minusy, warunki lepsze lub gorsze, ale nie dajmy się zwariować. W życiu 90% wszystkiego zależy od nas samych i konsekwencji naszych decyzji. Chodzi mi konkretnie o aspekt własnej realizacji, głupiemu zawsze będzie trudno a mądremu lekko, przynajmniej w przeważającej większości przypadków. Wszystko inne jest tylko tłem, ma wpływ, ale nie przeceniajmy pobocznych czynników.

 

Obecnie, dwudziestolatki i trzydziestolatki rzeczywiście różnią się od pokolenia swoich rodziców, mają wolność i korzyści z niej płynące, ale także problemy. Dziedziczą niestety także sporo mentalności od swoich rodziców, którym przyszło większą cześć życia spędzić w komunizmie. Nie może być jednak zgody na zrzucanie winy za trudną sytuację młodych ludzi na wpływ poprzedniego pokolenia, jest to praktycznym pójściem na łatwiznę, gdyż nic nie usprawiedliwia braku myślenia. Mam wrażenie, że wszyscy starają się tłumaczyć problemy młodych, w każdy możliwy sposób, tylko nie ten najprostszy i wydaje mi się najbardziej trafny, czyli mówiąc wprost winna jest zwykła ludzka głupota!

 

Na czym polega zmarnowana szansa, tegoż niby straconego pokolenia?

 

Na wysokich wymaganiach? chęci osiągnięcia sukcesu w życiu? podnoszeniu stopy życiowej sobie i swojej rodzinie? korzystaniu z tego, co życie oferuje? Wydaje się, że to dobre założenia, tylko problem tkwi w środkach i sposobach na ich osiągnięcie. Bezpośrednie zderzenie z rzeczywistością wyidealizowanego spojrzenia na życie, odkrycie prawdy, iż nic nie przychodzi łatwo i bez konsekwencji. Na niektóre rzeczy trzeba sporej dawki determinacji by je osiągnąć, zrealizować zamierzone plany. Odbicie się od ściany realiów gospodarczych, rynku pracy, efektów edukacji, pułapek zadłużenia i życia ponad stan z przeświadczeniem, że później jakoś to będzie… Takich elementów można wymieniać sporo, tylko, że przed każdym z nich rozsądnie myślący młody człowiek może się uchronić i nie wydaje mi się by tworzenie zestawu problemów dotykających młodych miało realne odbicie w podcinaniu skrzydeł całemu pokoleniu, czyniąc z nich ofiary nowych czasów.

 

Pokolenie czy człowiek?

 

Ja stawiam nie na tworzenie tej dziwnej konstrukcji skupiającej wszystkich z danych roczników w jakieś zmarnowane, stracone pokolenie. Dla mnie odpowiedzialność każdego człowieka zaczyna się i kończy na nim i jego rodzinie, to on odpowiada za wybory i kierunki, w jakich poprowadzi swoje życie. Jeśli straconym… nazywa się grupę ludzi, której przyszło żyć w danych czasach, w których ciężko o sukces, to ja mówię NIE! W każdych czasach jest ciężko o sukces, dlatego osiągają go nieliczni i tak powinno być! Wiem, że nie ma czasów, nie ma krajów, które dają immunitet od głupoty. Jeśli ktoś ma życie stracone, to w dużej mierze zawdzięcza to zawsze sobie, nie państwu, nie sytuacji na rynku pracy, nie innym… tylko sobie.  

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (21) | dodaj komentarz

TEST NA PRAWDZIWEGO ATEISTĘ

środa, 10 października 2012 12:32

 

 

Panuje jakaś dziwna moda na ogłaszanie całemu światu swojego ateizmu. Nie widzę w tym nic złego, ale bardzo często zaczynają mnie irytować powody, dla których jakieś 80% ateistów, zostało ateistami.

 

 

Mały test na to czy jesteś prawdziwym ateistą:

 

- Czy nie zgadzasz się z poglądem kościoła na aborcję, antykoncepcję, zapłodnienie in vitro, itp.?

 

- Czy potępiasz kościół za tuszowanie afer pedofilskich wśród księży?

 

- Czy denerwuje cię zamożność kościoła i uważasz ją za nieuprawnioną?

 

- Czy złoszczą cię zachowania konkretnych duchownych i uważasz je za absolutnie niepoprawne?

 

- Czy uważasz, że ingerencja kościoła w sprawy państwowe, świeckie, jest zbyt duża?

 

- Czy słyszałeś o aferach związanych ze zwrotem utraconego majątku kościoła, w których dochodziło do korupcji i łamania prawa a także rażących zaniedbań?

 

- Czy źle ci się kojarzy Radio M., TV Trwam i T. Rydzyk?

 

- Czy nie lubisz hipokryzji ludzi wierzących?

 

- Czy obwiniasz kościół za wiele tragedii na przestrzeni naszej historii?

 

 

Jeśli choćby jedno z powyższych pytań, na które odpowiedziałbyś TAK jest powodem, dla którego zostałeś/zostałaś ateistą, to niestety muszę stwierdzić, że ateistą nie jesteś! W takim razie kim jesteś? Człowiekiem, któremu wiara w Boga pomyliła się z brakiem wiary w instytucję kościoła i ludzi w nim funkcjonujących.

 

Żadne z powyższych pytań nie jest wystarczającym powodem by zostać ateistą. Jedyny, wydawałoby się że oczywisty, ale absolutnie jedyny powód, aby określać się mianem ateisty to… BRAK WIARY W BOGA!

 

Szanuję tych, którzy potrafią nie wierzyć w Boga, to ich pełne prawo, ale szczerze śmieszą mnie osoby uzasadniające swój ateizm jednym z wyżej wymienionych zagadnień poza oczywiście brakiem wiary w Boga. Wydaje mi się że odrzucają wiarę, której kompletnie nie rozumieją, o czym świadczy powód porzucenia…

 

Z większością zarzutów wobec kościoła niestety się zgadzam i wcale się nie dziwię odpływowi wiernych! Coś niedobrego dzieje się z kościołem, jako instytucją i z ludźmi kościoła. Jako wierzącego niepokoi mnie to… mimo wszystko w życiu nie pomyślałbym o porzuceniu wiary w Boga na podstawie błędów instytucji.

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (155) | dodaj komentarz

JAK W POLSCE MOŻNA ZOSTAĆ PREMIEREM?

wtorek, 02 października 2012 17:09

 

Okazuje się, że w naszym pięknym kraju bardzo łatwo można zostać premierem. Nie potrzeba do tego długoletniej kariery politycznej, nie trzeba być charyzmatycznym przywódcą, nie musi za tobą stać żadna partia, której jesteś szefem, nie musisz mieć środków na prowadzenie kampanii wyborczej, ba! nawet kampanii wyborczej nie musisz mieć! Zaplecze także jest zbędne, a rząd można tworzyć kompletnie nie wiedząc, czego tak naprawdę się chce i z kim będzie można współpracować, no po prostu, aby zostać premierem kraju nad Wisłą wystarczy zostać kukiełką w rękach jakiegoś znanego polityka…

 

Prof. Piotr Gliński, został oficjalnie kukiełką Jarosława Kaczyńskiego. Uciekam w tym momencie od politycznych sympatii i antypatii, ale szczerze, czy jako obywatel tego państwa nie mam prawa poczuć się potraktowany jak idiota w momencie, gdy ktoś przedstawia opinii publicznej człowieka znikąd i mówi - to jest osoba, która powinna zostać premierem!

 

Idąc dalej, wystawia go człowiek będący od lat w polityce i zapewniający poparcie tej kandydaturze wraz z całą swoją partią i środowiskiem, jednocześnie wmawiając ludziom, że to niby niezależny kandydat! Żart? Na poparcie tej tezy ładnie wyciąga się bezpartyjność, choć sam kandydat udzielając wywiadu przyznaje, że szczerze ufa Panu Kaczyńskiemu, nic nie wspominając o zaufaniu do innych szefów partyjnych, a przecież ten człowiek ponoć ma objąć ster rządu zgody… technicznego, czyli rządzącego do rozstrzygnięcia rozpisanych przedwcześnie wyborów, w gruncie rzeczy kilka miesięcy.

 

Ten Pan miałby tak naprawdę zerowy wpływ na politykę, na państwo, nawet dobrze by miejsca na stołku nie zagrzał, ale dziennikarze pytają o jego plany… Jakie plany może mieć kukiełka? jakie by nie były to i tak decydujący wpływ na ich kształt mimo pozornej niezależności ma kuglarz, a on siedzi na tylnym siedzeniu. Jeśli ma być jeszcze śmieszniej, ten sam kuglarz, już raz fundował społeczeństwu teatrzyk pod tytułem „nie jestem premierem” wystawiając na stanowisko prezesa rady ministrów swojego podwładnego. Szlachetnie, jako szef wtedy zwycięskiej partii obstając przy tym, że wcale premierem być nie musi, oczywiście dla dobra Polski. Niedługo to trwało, bo na dłuższą metę rządzenie z tylnego siedzenia jest kłopotliwe, dlatego w przypadku Prof. Glińskiego od samego początku wiemy, że to na krótki czas, tylko po to by upewnić się, że większość Polaków nadal Pana Jarosława nie chce na premiera, w co ten chyba nie może uwierzyć, co roku sprawdzając społeczeństwo jak to jest, że w całości go nie docenia… cóż z porażkami trudno jest się pogodzić.

 

Warto wspomnieć jeszcze słowo o tym, co niby nowy premier miał przygotowane na spotkanie z dziennikarzami, oczywiście kilka ogólników, wszystko dla dobra ludzi, to mówi każdy polityk, a poza tym jedno wielkie kompletne NIC! Na pytania, z kim będzie współpracował ten „niezależny” kandydat na premiera, uznał że odpowiedź - ze wszystkimi - przeciętnego Kowalskiego powinna zadowolić, choć w moim odczuciu raczej wzburzyć. Jak można iść na konferencję gdzie ogłasza się swoją kandydaturę na szefa rządu prawie czterdziestomilionowego kraju nie mogąc wymienić, choć jednego eksperta, jednego pomocnika, z którym chce się współpracować, tworzyć nowym rząd, jak można nie wymienić potencjalnych partnerów w politycznym działaniu? Przecież premier rządu zgody, technicznego, aby mieć realny wpływ na kraj musi szukać poparcia dla swoich projektów wśród parlamentarzystów w taki sposób, by uzyskać większość w głosowaniach. Projekty muszą przygotowywać ludzie a nie duchy, tymczasem Gliński zapewnił, że w najbliższym czasie takie osoby przedstawi, niestety najbliższy czas to za późno, bo albo się coś robi od początku jak należy albo tuszuje braki ładnymi słówkami. Przyznam, należy mieć niezły tupet by wyjść przed kamery i…

 

Widać jednak, że to wszystko nie ma znaczenia, liczy się sztuczka wywinięta na społeczeństwie, której jedynym celem jest przekonanie rozczarowanych i niezdecydowanych polityków do rozpisania wyborów tak, by powstało w sejmie nowe rozdanie a ludzie także ogromnie rozczarowani rok po ostatnich wyborach mogli ponownie wybrać. Jest to śmianie się prosto w twarz społeczeństwu, choć zamaskowane pięknymi słowami o działaniu na rzecz dobra obywateli i państwa. Jak dla mnie nawet przygotowanie do konferencji, będące bliskie zeru, nie wskazuje na zbytnią dbałość o ludzi, choć i tak parę osób się na to złapie.

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (20) | dodaj komentarz

ODKURZACZ DLA KAŻDEJ DZIEWCZYNKI

czwartek, 27 września 2012 14:09

 

Nigdy nie widziałem nic złego w tym, że małe dziewczynki bawią się lalkami a nie samochodzikami, lubią bawić się w dom a nie w wojnę. Normalnym dla mnie było to, że w sklepach z zabawkami można spotkać kierowane specjalnie dla dziewczynek serwisy do urządzania spotkań przy herbatce z pluszakami, a nawet małych kuchni z pełnym wyposażeniem.

 

Jednak istnieje pewna granica przesady, to, co od jakiegoś czasu pojawia się na półkach takich sklepów, wybitnie przekracza barierę rozsądku. Chodzi o takie zabawki, które zabawkami raczej być nie powinny, mianowicie, odkurzacze, kompletny do sprzątania, żelazka itp. Ja widzę delikatną, ale istotną różnicę między zabawą w „dom” gdzie kuchnia jest jakby tłem, a zabawą w obowiązki domowe takie jak mycie podłóg. Z całą pewnością takich zabawek córce bym nie kupił!

 

A może widzę problem tam gdzie go nie ma? Z drugiej strony czy karabiny to także odpowiednie zabawki dla chłopców? co jest gorsze? odkurzacz czy karabin? Sam jako chłopiec bawiłem się w wojnę, moje koleżanki z podwórka w sklep, dom, tak było… tak jest i dziś… W dzisiejszych czasach jednak zaczęliśmy się mocno zastanawiać nad wzorcami, jakie przekazujemy naszym dzieciom.

 

Nie chciałbym żyć na świecie gdzie na siłę zabrania się dzieciom zabawy tym czy innym przedmiotem, bo kojarzy się on z tradycyjnymi rolami społecznymi, ale też zdaję sobie sprawę, że poprzez tak prozaiczną rzecz, jaką jest dziecięca zabawka, można sugerować lub podświadomie ukierunkować naszą pociechę w jakąś stronę lub zwyczajnie ograniczyć pole wyboru.

 

Kupując dziecku zabawkę warto zastanowić się nad jej możliwym wpływem…

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (35) | dodaj komentarz

PODWÓJNE ŻYCIE MĘŻA

niedziela, 23 września 2012 1:55

 

Jest to historia autentyczna, która zapewne zdarza się w wielu domach, wcale nie tak rzadko jak moglibyśmy przypuszczać, choć pewnie nikt nie chciałby się przyznać że mogłaby dotyczyć również i jego. Nadużywamy w życiu codziennym sformułowania „koniec świata”, jakby było jednym z wielu rzucanych bez namysłu… natkniemy się w urzędzie na długa kolejkę do okienka, koniec świata! zapomnimy o czymś… koniec świata!

 

Jednak są wśród nas osoby, potrafiące doskonale zrozumieć te słowa… koniec świata… koniec dotychczasowego życia, tej misternie budowanej konstrukcji… przez lata wyrzeczeń, trudu, zatopionych emocji... w jednej chwili, jednego dnia, wszystko to może obrócić się w pył…

 

Pewna kobieta, Pani X, po dziesięciu latach szczęśliwego małżeństwa, którego efektem była dwójka cudownych dzieci, spokojne i dostatnie życie, przypadkowo w natłoku spraw rodzinnych znalazła na dysku twardym komputera męża, zdjęcia nagiego mężczyzny…

 

Zaskoczona nie bardzo wiedziała co ma o tym myśleć. Gdyby to były zdjęcia kobiety, wzbudziłyby jej podejrzenie, tudzież mogłaby sobie to wytłumaczyć prozaicznym faktem wizyty męża na jakiejś stronie pornograficznej, ale nagi mężczyzna? To dziwne. Postanowiła jednak zachować to w tajemnicy przed mężem, próbując zbagatelizować znalezisko. Początkowo się to udawało, ale mniej więcej po tygodniu nie mogąc poradzić sobie z rodzącymi się jej w głowie pytaniami, pod nieobecność partnera postanowiła przeszukać wszystkie jego rzeczy.

 

Zdjęcia nadal były na dysku, ale historia przeglądarki wyczyszczona, maile absolutnie normalne, w całym domu nic, co mogłoby pogłębić jej zaniepokojenie. Postanowiła spotkać się z przyjaciółką, musiała komuś opowiedzieć o swoim znalezisku, które nie dawało jej spokoju. Przyjaciółka twardo stąpająca po ziemi kobieta po wysłuchaniu zaskakującej historii szczerze się roześmiała, uspakajając Panią X, że to pewnie takie męskie żarty, może koledzy mu podesłali, zapomniał wyrzucić, przecież wiadomo jacy są mężczyźni, lubują się w żartach o takim podłożu, koleżeńskie wybryki. Powiedziała… Zignoruj, wiesz że twój mąż to fajny facet, jesteście szczęśliwi, gdybyś zauważyła w nim coś dziwnego ale jak sama twierdzisz, wszystko jest normalnie, po staremu.

 

Pani X uwierzyła przyjaciółce. Następne dni minęły bez zbędnych zmartwień, do feralnego dnia, w którym mając na celu załatwienie paru spraw na mieście, Pani X zwolniła się wcześniej z pracy. Musząc przemieścić się z punktu A do punktu B, wybrała skrót, ta decyzja zaważyła na jej życiu… Stojąc na światłach dostrzegła nieopodal zaparkowany przed restauracją samochód jej męża. Zdziwiła się, jej mąż miał w tym czasie pracować, nie mogła się jednak mylić, to jego auto, charakterystyczna mała naklejka na tylnej szybie…

 

Odruchowo ruszyła i zaparkowała blisko samochód. Nie minęło nawet kilka minut, a z restauracji wyszedł jej mąż w towarzystwie nikogo innego jak mężczyzny ze zdjęć… nie dostrzegł jej, a ona stała w tamtym miejscu bardzo długo. Zrozumiała, że nagie fotki to nie był żart kumpli, przyjaciółka myliła się, a jej najczarniejsze myśli potwierdziły się… mąż zdradzał ją z mężczyzną… Tysiące pytań jakie miała skupiły się w jeden strumień… JAK TO MOŻLIWE? JAK TO MOŻLIWE? JAK TO MOŻLIWE?

 

Pani X wiedziała tylko jedno, nastąpił koniec jej świata… nie wiedziała natomiast co ma teraz zrobić. Najprościej byłoby skonfrontować swoje odkrycie z mężem, ale zdawała sobie także sprawę że to oznaczałoby jedno - koniec. Zapewne wielu osobom w świetle takiego zdarzenia, podjęcie decyzji przyszłoby łatwo, jednak Pani X kochała swojego męża zbyt mocno, by przekreślić ich wspólnie spędzone lata jedną grubą kreską.

 

Dotychczasowe życie było dla niej i męża łaskawe, byli naprawdę szczęśliwi, nie miała pojęcia o tym że człowiek którego znała tyle lat nosi w sobie taką tajemnicę. Nie była pewna czy gustuje w obydwu płciach, czy też może całe życie walczył ze swoją prawdziwą orientacją i bał się wyjść z tym na zewnątrz… A jeśli tak… co budziło w Pani X jeszcze większe zdenerwowanie, jeśli jest homoseksualistą, to czy całe jej dotychczasowe życie było kłamstwem? dlaczego on jej to zrobił? dlaczego pozwolił wierzyć w miłość… a może jednak kochał… tylko…   

 

Nie sposób prześledzić całego toku myślenia Pani X. Jak trudne chwile musiała przejść, tego nikt nie jest w stanie pojąć.

 

Co stało się tego wieczora? NIC… Pani X nie powiedziała o swoim odkryciu mężowi, postanowiła z tym zaczekać, zbyt dużo było dla niej na szali, by podejmować pochopne decyzje. Kochała męża mimo tej krzywdy jaką jej zadał, wiedziała że on kocha ją w pewien sposób, którego nie potrafiła określić, jest dobrym ojcem, bratnią duszą… pogodziła się więc z faktem jego tajemnicy.

 

Dopiero dwa lata później, mąż Pani X wyznał jej prawdę… Postanowili pozostać razem.

 

 

 

mcw.bloog@wp.pl



komentarze (29) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  3 372 681